– Więc tak wygląda raj – powiedział Autor, niepomny, iż zdania od „więc” się nie zaczyna. Wkrótce miał stać się Autorem Bestsellera, zatem nawet jeżeli ktoś zarejestrował ów błąd, będzie można go potem nazwać „odważną innowacją” tudzież „brawurową ingerencją w skostniałą strukturę polszczyzny”. Oba określenia brzmiały, co tu gadać, kozacko.
Wypowiedziawszy swój sąd, Autor przekroczył bramy raju, którego nie pilnował wcale święty Piotr ani nawet święty Jacenty, tylko Pani Sekretarka z ciemnymi odrostami i freskami z Kaplicy Sykstyńskiej albo czymś podobnej grubości na twarzy.
W raju panował półmrok, wywołujący kameralny nastrój. Rzeźbiony segment pod przeciwległą do drzwi ścianą zajmowały kolorowe segregatory opatrzone napisami typu: „Do śmieci”, „Jeszcze bardziej do śmieci”, „Shift + delete” oraz, co nie uszło uwagi Autora, „Przyszłe bestsellery”. Przeczytał wszystkie te napisy, gdyż na etykiety segregatorów padało światło od stojącej na biurku lampki. Była ona zupełnie jak te, które ma w swoim gabinecie prezydent USA w każdym amerykańskim filmie – stylizowana na… właściwie Autor nie miał pojęcia, na co, ale z pewnością stylizowana…z ruchomym, zielonym niby-kloszem, rzucająca biały blask na lśniący czystością blat. Na nim rozciągało się sukno o takim kolorze, że nie ulegało wątpliwości, iż ktoś posłużył się do jego zdobycia starym stołem bilardowym. Wprawdzie Autor grał w bilard tylko dwa razy w życiu, a do kieszeni udało mu się wbić wyłącznie białą bilę, ale pojęcie o tej eleganckiej grze posiadał. Wszakże Autorowi Bestsellera wypada uprawiać dyscypliny sportu zarezerwowane dla elit.
Zza biurka wyłoniła się majestatyczna sylwetka Wydawcy. Wydawał się pogrążony w myślach, gdy piórem Parkera ze złotą skuwką (Autor zawsze o takiej marzył) wypisywał kanciaste litery na czerpanym papierze. Prawdopodobnie nie zauważył nawet przybycia Autora, ale Autor go nie winił. Wszak nie był jeszcze Autorem Bestsellera, raptem przed paroma tygodniami awansował na literackiej drabinie ze szczebla domorosłego grafomana.
Trochę zaniepokoiło go krzesło. Spodziewał się skórzanego obicia, rzeźbionego oparcia albo przynajmniej satynowej poduszki. Tymczasem mebel wyglądał jak dwie deski połączone pod kątem prostym i klejem typu Kropelka przymocowane do czterech walców. Cóż, może dyżurne krzesło akurat jest w naprawie, pomyślał optymistycznie, dla dodania sobie otuchy wodząc wzrokiem po ścianach.
Wisiały na nich reprodukcje dzieł najwybitniejszych współczesnych artystów. Tak wybitnych, że Autor w życiu żadnego z tych obrazów nie widział, jednak rękę mistrza po prostu się poznaje. Ach, nie, przecież pamiętał ten czarny kwadrat na białym tle, zdobiący ścianę ponad regałami uginającymi się pod ciężarem segregatorów. Widział go kiedyś w galerii sztuki, pod nazwą bodajże „Samotność widelca”.
Zewsząd otoczony maestrią, poczuł, jak maleje jego pewność siebie. Ale, ale! Przecież zaproszono go do Wydawnictwa, właśnie jego! Właśnie jemu napisano, że jego powieść ma szanse odnieść międzynarodowy sukces i w ciągu pięciu lat z pewnością stanie się bestsellerem na każdej szerokości geograficznej! Skromność nie przystoi przyszłemu Autorowi Bestsellera, uznał, wsadzając ręce do kieszeni dżinsów, by wyglądać na pewnego swego, bezczelnego literata przed trzydziestką.
– Więc tak wygląda Raj! – powtórzył głośniej, stwierdzając, iż królestwo Wydawcy zasługuje na wielką literę.
Pan i władca wypełnionego dziełami sztuki gabinetu uniósł głowę znad swej epopei.
– Słucham? – Dostrzegłszy zaś Autora, uniósł krzaczastą brew. – Kim pan jest?
Wybornie będzie brzmieć ta anegdota za jakąś dekadę! Autorowi już dźwięczał w uszach jego własny głos: „Kiedy pierwszy raz zjawiłem się u wydawcy, zdziwił się na mój widok. Aż zapytał: kim pan jest?”. Niemal usłyszał śmiech audytorium, bo jak to tak – Autora Bestsellera taki Wydawca powinien wyczuwać na kilometr, niczym pies myśliwski kaczkę!
Uśmiechając się pod nosem, grzecznie podyktował swoje personalia.
– Prosił pan o spotkanie – dodał. – W sprawie powieści.
Wydawca sięgnął po gruby, wypełniony kartkami terminarz. Wyleciał zeń różowy świstek z numerem telefonu i czymś, co wyglądało jak szminka. Ale oczywiście, w półmroku Autor nie widział dobrze i mogła to być na przykład plama od śliwki… albo wiśni.
– Pan siada. – Wydawca dzielnie wertował terminarz, machnąwszy w międzyczasie ręką. – Aaa, tak, jusz wicę… Zaczeka pan momencik. – Podniósł słuchawkę stylizowanego na PRL-owski telefonu, pokręcił tarczą (Ach!, zachwycił się Autor, jak szczegółowo odwzorowano specyfikę telefonu z lat siedemdziesiątych), przeczekał terkot aparatu, po czym zawołał bliżej nieznanego Lesia.
– To łedaktoł, któły sajmuje się pańską pofieścią – wyjaśnił Wydawca, odłożywszy słuchawkę na widełki. Miał zmęczone, zaczerwienione oczy i zmęczony, zaczerwieniony nos. Mówił dość bełkotliwie, a Autor ze współczuciem pomyślał, że te wady wymowy to jednak straszna plaga.
A potem czekali, czekali, czekali… W końcu stropiony ciszą Autor przypomniał sobie o konieczności prezentowania wysokiej pewności siebie.
– To Clyfford Still? – zapytał, wskazując na dzieło nad regałem. Był dumny, że odkopał z pamięci jedyne nazwisko, które kojarzył ze sztuką współczesną.
Wydawca przekręcił głowę we wskazaną stronę, aż chrupnęły kości. Pofałdował się przy tym masywny kark.
– Nie, to moja pięcioletnia cółka – odparł twardym, godnym bezkompromisowego Wydawcy tonem.
– Ach! – zachwycił się znów Autor. – Czeka ją zatem wielka, artystyczna kariera! W tak młodym wieku, doprawdy…
Nie wiedział, jak mógłby dokończyć to zdanie, by nie wyjść na lizusa (w końcu Autor Bestsellera nikomu nie musi się podlizywać). Na szczęście, kres jego wewnętrznej udręce położył śmieszny człowieczek, znienacka pojawiając się w drzwiach.
Człowieczek miał metr pięćdziesiąt w kapeluszu i na koturnach (przy czym nie nosił ani jednego, ani drugiego), sumiasty wąs i menu z ostatniego tygodnia na sięgającej piersi brodzie. Z kieszeni wystawały mu dwa długopisy oraz przywiędły mlecz.
– To fłaśnie Pan Lesio – dokonał prezentacji Wydawca, machając ręką, jakby opędzał się od natrętnej muchy. – Panie Lesiu, oto nasza pszyszła kfiasta litełatuły!
Autor Bestsellera napawał się pochwałą tak bardzo, iż umknęło mu następne dziesięć minut konwersacji. Kiedy ocknął się z samozachwytu, obaj panowie siedzieli już przed nim z czystymi kartkami rozłożonymi na biurku.
– Na tyle okładki opofiąskofo musi się snaleźć nota o autosze – zażądał Wydawca, poprawiając przyciasny kołnierz koszuli. – Najlepiej, by sostała napisana w sposóp niebanalny. Ma pan jakieś ciekafe hobby? Sbieła pan mydła? Kolekcjonuje pocztófki z fyspy Naułu?
– Właściwie to nie – stropił się Autor. Mydła używał szarego, bo na wszystkie inne był uczulony. Natomiast na temat wyspy Nauru wiedział tyle, iż jej nazwa w lokalnym języku oznacza „Idę na plażę”. Zawsze uważał, że fajnie byłoby mieszkać w „Idę na plażę”. – Pisanie to moje jedyne hobby, na nic innego nie mam czasu.
Pracował w końcu na dwa etaty, by utrzymać schorowanych rodziców, brata-hazardzistę i otyłego nowofundlanda, który dwa razy dziennie zjadał średnich rozmiarów wiadro karmy.
– Niedopsze. – Wydawca zacmokał z niezadowoleniem. – Ale w poszontku, sostafmy ciekafostki na deseł… Gdzie się pan ułodził?
– No… w Kaliningradzie – przyznał z pewnym wahaniem Autor. Niewielu znało ten szczegół jego biografii, a kiedy ktoś go poznawał, natychmiast zaczynał mówić do niego bukwami. Autor nie znał cyrylicy, więc dla pewności po prostu nie zdradzał bez wyraźnej potrzeby miejsca urodzenia.
Wydawca aż klasnął w ręce.
– Znakomicie! Zatem ma pan łosyjskie koszenie?
– No… nie – zaprzeczył Autor, zanim przypomniał sobie o postawie bezczelnego, pewnego swej wartości artysty. Wtedy natychmiast wsadził ręce jeszcze głębiej do kieszeni, po czym kategorycznym tonem dodał: – Moi rodzice są z dziada pradziada Polakami, ale akurat byli na pogrzebie przyjaciela w Kaliningradzie i… i tak wyszło, no.
– Na pogrzebie przyjaciela! – Pan Lesio wydawał się wstrząśnięty. – To wyśmienity początek: „Jego (to znaczy – Autora) życie od samego początku zostało naznaczone tragedią. Urodzony w dzień pogrzebu rosyjskiego dysydenta…”
– Przyjaciel rodziców nie był dysydentem! – zaprzeczył gorliwie Autor. Mama od dziecka uczyła go, że należy mówić tylko prawdę, zawsze prawdę i g… prawdę. Albo jakoś tak.
Pan Lesio oderwał długopis od kartki, na której już począł notować stosowne informacje.
– Nie był? – Zdziwił się, jakby każdy, kto mieszka w Kaliningradzie, koniecznie musiał być dysydentem. – To dlaczego go zamordowano?
– Nie zamordowano go – wytłumaczył Autor, czując niezrozumiałe podenerwowanie. – Umarł, bo… no bo zapił, ojej.
– Kopieta go szuciła! – zawyrokował triumfalnie Wydawca.
– Dostał nakaz aresztowania! – zawołał jednocześnie Pan Lesio.
– Nic z tych rzeczy – jęknął Autor, przekonany, że właśnie zawodzi obu interlokutorów. – Obchodził imieniny…
– Ach! – zakrzyknęli głosem straszliwym, lecz, rzecz dziwna, od tamtej pory temat przyjaciela rodziców umarł śmiercią naturalną.
– Czy psześladofało pana KGB? – spytał Wydawca, mierząc Autora przenikliwym spojrzeniem.
– Yyy… – Rzeczonego aż zatkało. Fakt, w notce o jego skromnej osobie znakomicie by brzmiało: „Prześladowany przez radzieckie specsłużby”. Wolał jednak trzymać się faktów, na wypadek, gdyby ktoś zaczął szukać jego teczki. Jeszcze by takową, nie daj Boże, znalazł… – Nie za bardzo miało powody. Od drugiego miesiąca życia mieszkam w Polsce.
– A fcześniej?
– A wcześniej chorowałem na żółtaczkę – wyjaśnił tonem usprawiedliwienia. Zarówno Wydawca, jak i Pan Lesio, rzucili mu takie spojrzenie, jakby żółtaczka uchodziła za chorobę gorszą od trądu.
– A UB, SB?
– USB? – Nie dosłyszał Autor. – Tak, posiadam. Całe dwa porty.
Po prawdzie, posiadał cztery, dwa jednak przestały działać, odkąd zapchały się sierścią nowofundlanda.
Pan Lesio westchnął z miną męczennika.
– To może inaczej. Co pan robił w sierpniu 1980?
Jestem oskarżony o morderstwo?!, pomyślał ze zgrozą Autor, zanim przypomniał sobie lekcje historii najnowszej. Potem zaś skupił wszystkie siły, by spróbować sobie przypomnieć tamten miesiąc. Bruździł nieznacznie fakt, iż urodził się w roku 1979.
– Robiłem… no, pewnie w pieluchy robiłem – wypalił szczerze, zmęczony całym tym przesłuchaniem. Odpowiedział mu wybuch śmiechu.
– Fypołne, fypołne! – powtarzał Wydawca, klepiąc się po wylewającym się zza biurka brzuchu. A potem spoważniał. – Fie pan, panie Lesiu, mosze dacz sopie spokój s notą o autosze?
– Zgadzam się w całej rozciągłości – zgodził się w całej rozciągłości Pan Lesio. – Można by tylko napisać, że to tajemnicza postać, która nie chce się ujawniać ze względu na sympatyzowanie z rosyjskimi organizacjami dysydenckimi.
– Ale… – zaczął Autor, lecz umilkł, zaledwie przemówił wszechwładny Wydawca:
– Łacja! – ucieszył się. – Teko nikt nie spławci!
– Dokładnie. – Pan Lesio przez chwilę delektował się dobitnym brzmieniem tego słowa. – Autorzy urodzeni w Rosji powinni być łączeni z ruchami opozycyjnymi. Jak Pielewin. Wie pan – trudno powiedzieć, czy zwrócił się do Autora, czy do Wydawcy – że jego dzieła podobno paliły proputinowskie organizacje młodzieżowe?
– Jakie?! – Oczy Wydawcy nieomal wyszły z orbit. Autor pociągnął nosem i wyczuł dyskretny zapach spalenizny, jakby komuś przegrzały się obwody. Widocznie mózg Wydawcy nie był przyzwyczajony do takich długich i takich trudnych słów.
– Młodzieżowe – powtórzył Pan Lesio, po czym przeniósł całą uwagę na Autora. – Myślę, że pańskie obywatelstwo będzie kluczem do sukcesu.
Autor zaniechał prób wyjaśniania, że nie posiada rosyjskiego obywatelstwa. Czuł, że ten szczegół wykracza poza możliwości pojmowania władców Wydawnictwa.
– Ale może porozmawiajmy o powieści? – rzucił z nadzieją w głosie. Pan Lesio rzucił mu baczne spojrzenie. Wydawca tymczasem mamrotał pod nosem: „płop… płopu… płopt… kułfa!”.
– Zgoda, zgoda. – Pan Lesio był nastawiony wysoce ugodowo. – Powiada pan zatem, że jego powieść traktuje o miłości?
– Ależ skąd! – zdziwił się Autor. – „Sztokholmski klucz” to powieść sensacyjna.
– Właśnie o tym mówię. Czyż może istnieć dobra powieść sensacyjna bez wątku miłosnego?
Autor milczeniem pominął fakt, iż kwestia uczuć w jego dziele sprowadza się do paru skąpych opisów aktu seksualnego. Od biedy można by to nazwać wątkiem miłosnym…
– A czy są tam… wampiry? – spytał Pan Lesio takim tonem, jakby nigdy w życiu nie słyszał o „Sztokholmskim kluczu”, nie mówiąc o przeczytaniu choćby strony.
– Ni-ie. – Autor spróbował zaprzeczyć możliwie najdelikatniej. – Akcja powieści toczy się przecież w naszym świecie.
– A w czym to przeszkadza? Co pan, „Zmierzchu” nie czytał?!
Pewność siebie pewnością siebie, lecz przyszłemu Autorowi Bestsellera zabrakło siły, żeby zaprzeczyć. Zastanawiał się przy tym, jak Pan Lesio dostrzegł Przyszły Bestseller w powieści, której najwyraźniej nawet nie przeczytał.
– „Sztokholmski klucz” opowiada o tym…
– Zaraz, zaraz! – przerwał Pan Lesio. Nie wyglądał na osobę zainteresowaną fabułą dzieła, które przed dwoma tygodniami wychwalał via e-mail. – Dlaczego sztokholmski?!
– Płop, płop… – mamrotał wciąż Wydawca, męcząc się z trudnym słowem.
– Bo akcja dzieje się w Sztokholmie. – Autor był bliski płaczu z bezsilności.
– „Smoleński klucz” brzmiałoby lepiej – zawyrokował Pan Lesio tonem znawcy. – Z badań przeprowadzonych przez OBOP na losowo wybranej grupie reprezentatywnej dla polskiego społeczeństwa wynika, że książki z tytułem nawiązującym do Smoleńska są czytane częściej niż „Kamasutra”!
”Kamasutrę”, pomyślał podminowany Autor, można prędzej oglądać niż czytać. Na głos nie odezwał się ani słowem. Nigdy jeszcze nie wydał bestsellera, ba, nie wydał nawet instrukcji obsługi maszynki do mielenia mięsa. W duchu powtarzał sobie, że Pan Lesio i Wydawca to fachowcy, co roku wypuszczający na rynek setki nowych tytułów. Z pewnością znają się na guście społeczeństwa lepiej od niego… na „Kamasutrze” zapewne również.
– Płoput… – Jeden z fachowców właśnie poczynił postępy w nierównej walce ze zdradzieckim trudnym słowem.
– W mojej powieści nie ma akcentów smoleńskich – ośmielił się zaoponować Autor, korzystając z chwilowej przerwy w monologu Pana Lesia. Zaraz pożałował swych bezmyślnych słów.
– NIE MA?! – Ryknął Pan Lesio. – Co z pana za patriota?! Pan jest ukrytą opcją rosyjską! Pan jest… pan jest… – szukał obelgi o odpowiednim ładunku emocjonalnym – …pan jest proputinowski!
– Kułfa – zdenerwował się nie wiedzieć czemu Wydawca, po czym powrócił do mamrotania.
– To dlaczego mnie panowie tu zaprosili? – nie wytrzymał Autor. – Napisałem powieść sensacyjną, która się panu podobała, więc w czym problem?!
Pan Lesio momentalnie złagodniał.
– Ale drogi panie, po co te nerwy? – pochylił się przez biurko, by protekcjonalnie poklepać Autora po ramieniu. – Pańska powieść nie mnie ma się podobać, ale czytelnikom… Nie ukrywam, jest bardzo dobra, ale nad paroma rzeczami należałoby popracować. Przyda się korekta błęduw…
Autor zamarł, porażony straszliwym bykiem, jakiego dopuścił się Pan Lesio.
– Nie będę robić korekty BŁĘDUW! – obwieścił stanowczo. Pan Lesio tylko wzruszył ramionami, nie pojmując najwyraźniej, w czym rzecz.
– Pan nie musi. Wynajmie się kogoś z naszego wydawnictwa, on zrobi dogłębną korektę i najwyżej podpiszemy pański tekst dwoma nazwiskami. Zgadza się pan na współautora, prawda?
Autor nie czuł, by miał w tej sprawie cokolwiek do gadania.
– Należy też – ciągnął Pan Lesio, niezrażony brakiem reakcji rozmówcy – dorzucić parę elementów, które dobrze się czytelnikowi kojarzą. Wie pan, tupolew w jakimś drzewie… ale broń Boże nie w brzozie, bo posądzą pana o sprzyjanie Siłom Ciemności… paru dresiarzy… najlepiej, żeby narrator posługiwał się ich narzeczem… wampiry, czarodzieje – ale młodzi, bo nikt nie lubi czytać o staruchach…
– Coś jeszcze? – Autor miał migrenę. Chociaż nie, migrenę to ma Królowa Angielska albo co najmniej Autorzy Bestsellerów. Autorowi zwyczajnie czachę rozsadzał ten natłok pomysłów i daleko postępująca ingerencja w jego tekst.
– Oczywiście! Powstaniec, powstaniec musi być obowiązkowo. Najlepiej warszawski, listopadowy, styczniowy albo, jak pan woli cieplejszą porę, kwietniowy. Musi się kończyć jego śmiercią – ale przedtem dzielny powstaniec przekazuje arcyważne dokumenty ambasadorowi USA…
…Stany ogłaszają umorzenie wszystkim krajom swoich długów...
– …wyznaje miłość kobiecie… albo nie, bądźmy poprawni politycznie! Wyznaje miłość mężczyźnie swojego życia…
….a może być Elton John? W końcu miłość do idola to też wdzięczny temat…
– ….i umiera za ojczyznę w blasku zachodzącego słońca.
Chyba wschodzącego, skoro jest wampirem.
– Wie pan co? – Autor wstał, a dopiero co opuszczone przez jego zadek siedzenie krzesła wylądowało na podłodze z hukiem godnym lepszej sprawy. – Ja się jeszcze zastanowię, czy chcę być Autorem Bestsellera. Bycie undergroundowcem jest trendy.
Odwrócił się i ruszył ku drzwiom, ale Pan Lesio kontynuował, nie zważając na brak audytorium:
– Przydałyby się też jakieś…
– …ołganisacje płoputińskie! – wrzasnął z dumą Wydawca, wygrywając przez nokaut walkę z trudnym słowem.
– Proputinowskie! – dogonił Autora pełen zgrozy głos Pana Lesia.
Toruń, 1 sierpnia 2011









(3)
(0)
