Osoby, które znają mnie osobiście i te, które znają mnie z Internetu, wiedzą, że jestem ateistką. Więcej, że jestem antyklerykałem. Dlatego tytuł niniejszego artykułu może wydać się co najmniej dziwny. Ale postaram się wyjaśnić, dlaczego został przeze mnie uznany za adekwatny do treści.
Jeszcze nie tak dawno żaden polityk (nawet z SLD) nie przyznałby otwarcie i jednoznacznie, że jest antyklerykałem. No, może za wyjątkiem Joanny Senyszyn, która jest jednym z nielicznych charyzmatycznych czołowych przedstawicieli tej partii.
Wydawać by się mogło, że właśnie SLD, jako partia lewicowa, powinno być wyraźnie antyklerykalne. Teraz dopiero, w okresie przedwyborczym, niektórzy sobie o tym przypominają. Zwłaszcza, gdy po ubiegłorocznych występach „w obronie krzyża” nurt antyklerykalny zaczyna się wyraźniej wyłaniać i to wcale nie, jako marginalny. Antyklerykalne hasła brzmiały też podczas walki o fotel prezydencki, gdy Bronisław Komorowski wspomniał w czasie debaty o konieczności rozmowy o rozdziale Państwa i Kościoła. Jarosław Kaczyński postawił na kontynuację prokościelnej polityki PIS. Jaki to miało wpływ na wygraną PO, nie mam pojęcia.
Myślę, że nikt tak naprawdę nie wie, jak wielki jest antyklerykalny obszar w Polsce. Ale sondaże raczej wskazują, że nie powinno się go lekceważyć oraz, że następuje społeczny odwrót od bezkrytycznego stosunku do Kościoła katolickiego.
Zaufanie i szacunek, jakimi ta instytucja cieszyła się na początku transformacji, podupadły i na pewno już nie powrócą.
Laicyzacja społeczeństwa jest nieunikniona. Jednomyślnie katolicka Polska to mit, który i Kościół i klerykałowie próbują niekiedy wciskać, ze skutkiem coraz bardziej mizernym. Takie „osobistości” jak Tomasz Terlikowski, Anna Sobecka, Marek Jurek, Adam Kuz i wielu innych „nawiedzonych” zaczynają oscylować bardziej w kierunku rozśmieszania niż rozsierdzania. Źle to wróży prokościelnej opcji.
Kościół katolicki otrzymał w ostatniej dekadzie wiele nokautujących ciosów. Afera pedofilska, krytyka pontyfikatu polskiego papieża, afery finansowe, zatargi z organizacjami charytatywnymi działającymi w III Świecie i wiele innych, walnie przyczyniły się do uczynienia z tej, postrzeganej przez niektórych, jako niezniszczalnej, instytucji kolosa na glinianych nogach.
Polska nie dojrzała jeszcze do pewnych zjawisk, które w cywilizowanej Europie są na porządku dziennym. Przerwanie tabu wokół afer pedofilskich stało się konieczne, bo dalsze przemilczanie tego tematu zakrawałoby już na farsę. Kłopotliwe dla polskich klerykałów wiązanie tego zamiatanego latami pod dywan śmiecia z osobą JPII to prawdziwy orzech do zgryzienia.
Rachuby czynione przez Kościół, w związku z beatyfikacja Karola Wojtyły, okazały się czynione na wyrost. Szumne zapowiedzi, co do masowych pielgrzymek do Rzymu wypadły nader blado wobec realnych statystyk. Sprzedaż gadżetów około beatyfikacyjnych też nie za bardzo wypaliła.
Zwalanie winy na lewacko-ateistyczno-masońsko-żydowowskie (do wyboru) ataki na Kościół i takąż propagandę już raczej nuży.
Wrócę na chwilę do SLD. Społeczeństwo nie ma takiej amnezji jak liderzy tej partii i doskonale pamięta, kto i w zamian za co dał Kościołowi największe przywileje.
Ale ostatnio naszła mnie refleksja, że miliardowe dotacje z budżetu, religia w szkołach, urzędnicy kościelni obciążający państwową kasę, Komisja Majątkowa i inne dobrodziejstwa, jakimi na mocy Konkordatu uszczęśliwiono polskie społeczeństwo, to nie wyraz miłości do Kościoła. Wprost przeciwnie. To podstępne antyklerykalne działanie, które zaczyna przynosić oczekiwane owoce.
Liczne i niesłychane przywileje dla polskiego kościoła katolickiego tak naprawdę kościół zniszczyły. Czy może raczej przyspieszyły jego, i tak nieunikniony, upadek.
Wyobraźmy sobie, że dostajemy w prezencie wypasioną brykę. Ale bez hamulców. Zaślepieni blaskiem lakieru i bajerami, upojeni komfortem i oszałamiającymi parametrami, nie myślimy o tych hamulcach. Skutek wiadomy.
Kościół, przyzwyczajona do bezkrytycznej nietykalności „święta krowa”, właśnie sobie uświadamia, że swoja wypasioną bryką lada chwila się rozbije. A przyhamować nie ma jak.
Bryka, zwana władzą, która jeździ po drogach demokracji, ma hamulce. Te hamulce to KADENCYJNOŚĆ WŁADZY. To coś, czego w Kościele nigdy nie było.
Każdy polityk, każda partia ma świadomość, że za kilka lat będą następne wybory. I kiepskiemu kierowcy wyborcy brykę mogą zabrać.
Zresztą, kiedy upycha się na siłę zmurszałą średniowieczną instytucję, z jej doktrynami i dogmatami, z nietykalnymi stojącymi ponad prawem urzędnikami do demokratycznych struktur, to, jakie mogą być konsekwencje? Tylko opłakane. Nagminne wieloletnie nieprzestrzeganie konstytucyjnego rozdziału Państwa i Kościoła, produkowanie inspirowanych kościelnymi doktrynami bubli prawnych, takich jak ustawa antyaborcyjna czy ochrona „wartości chrześcijańskich” doprowadziły do absurdów. I Polacy zaczynają się budzić z ręką w wiadomym naczyniu.
No cóż, lepiej późno niż wcale. Szkoda tylko, ze przez własną głupotę i brak wyobraźni, zmarnowaliśmy tak wiele cennego czasu i pieniędzy na drodze do cywilizowanej Europy.
Alicja Minicka
http://mysli-o-ludziach.blog.onet.pl









(2)
(0)
