Synestezja - Magda D.

Synestezja

Magda D.


Data dodania: 2011-06-30 15:34:42
140 wyświetleń





A A A

 

O synestezji po raz pierwszy usłyszałam w niezbyt wyszukany sposób, gdyż tak jak większość przeciętnych zjadaczy chleba – w szkole średniej.

 

Moja pani od polskiego miała szczególne upodobania w synestezji nie tylko jako w tworze literackim. Jej ulubionym malarzem był Wasilij Kandińsky, sama też od czasu do czasu chwytała za pędzel.

W tym właśnie miejscu należy wyjaśnić, czym właściwie jest synestezja. Uznaje się to za stan lub zdolność, w której wrażenia jednego zmysłu (np. wzroku) wywołują również wrażenie na innych zmysłach. Na przykład odbieranie niskich dźwięków może wywołać wrażenie miękkości, barwa niebieska odczuwana jest jako chłodna a jakaś litera może wzbudzić skojarzenia kolorystyczne.

Richard Cytowic, który zajmował się naukowymi badaniami nad synestezją wyróżnił pięć kryteriów, które odróżniają prawdziwą synestezję.

1.      Mimowolność – synestetycy nie potrafią kontrolować swoich wrażeń zmysłowych

2.    Projekcja – wywołane wrażenie zmysłowe jest postrzegane jako zewnętrzne, występujące poza umysłem, blisko ciała lub twarzy i nie jest oglądane tylko „oczami duszy”.

3.      Trwałość i niepowtarzalność – konkretny bodziec, wywołuje zawsze te same wrażenia zmysłowe.

4.      Pamięć – wywołane wrażenie pozostaje żywe pamięci.

5.      Emocje – w umyśle powstaje silne przekonanie, że wrażenie zmysłowe było prawdziwe.

 

Pytanie, jak można usłyszeć kolor? Albo jak można przekonać się, że nuty mają smak truskawek lub bananów? Wszyscy wiemy co oznaczają sformułowania „czysty dźwięk”, „mdły smak” lub „ostry zapach”. Jak można powiązać ze sobą smak miętowego cukierka i niebieską szklaną butelkę? Różnica między nami, a osobą obdarzoną synestezją polega na tym, iż „smak zielonego szkła” jest dla nas metaforą, dla synestetyka jest to zaś wrażenie całkowicie realne.

W psychologii Istnieją dwie teorie tłumaczące owe zjawisko. Jedna mówi, że istnieje więcej połączeń synaptycznych pomiędzy neuronami przenoszącymi „zmysłowe informacje”, a druga - że ilość połączeń synaptycznych jest taka sama, a mieszanie się odbieranych doświadczeń wynika z tego iż zachwiana jest równowaga pomiędzy hamowaniem i wyciszaniem docierających impulsów w mózgu.

Szacuje się iż, prawdziwy synestetyk zdarza się raz na sto tysięcy osób, jednakże w przypadku artystów prawdopodobieństwo wystąpienia synestezji jest siedmiokrotnie wyższe. Dane te mogą jednak znacznie odbiegać od prawdy, gdyż wiele osób może ukrywać tę zdolność lub najprościej jej nie dostrzegać.

 

Chociaż jest ich tak niewielu, ich wpływ na kulturę jest nieproporcjonalnie wielki. Nie dziwi fakt, że niektórzy sławni artyści byli synestetykami. Pisarz Władimir Nabokow, John Lennon, malarz Wassily Kandińsky, kompozytor Nikołaj Rimski-Korsa­kow i - jak sądzi większość badaczu - francuski poeta Artur Rimbaud to tylko kilka przykładów z kręgu kultury zachodniej.

 

Szczególną postać charakteryzowała synestezja Nabokowa, a mianowicie wywoływaniem kolorowych wrażeń stuchowych. Na przykład brzmienie litery V kojarzyło mu się z różowym kwarcem, S - z masa perłową, a T - z kolorem pistacji. Znaczenie miał tu nie tylko kształt litery, bodziec stanowić mogło również brzmienie. I tak - an­gielskie A przywoływało obraz wysuszonego drewna, zaś francuskie A łączyło się z wypolerowaną kością słoniową. W wypadku Nahokowa to dźwięki mowy były bodźcem wyzwalającym synestetyczne obrazy, zaś muzyka (którą uważał za „serię przy­padkowych, bardziej lub mniej przyjemnych dźwięków) nie wywoływała w nim żadnych reakcji. U Nahokowa, jak i u wielu innych synestetyków, ta nie­prawidłowość działania mózgu wydaje się dziedziczna. Jego matka również kojarzyła litery z kolorami, chociaż tylko nie­które z jej asocjacji były analogiczne do tych, które występowały u jej syna. Być może nie powinno dziwić, że skojarzenia zmcsłowe każdej osoby są inne. Raz powstałe powiązania pozo­stają natomiast u każdego synestetyka na całce życie. Na przy­kład w umyśle francuskiego poety Rimbauda samogłoska O za­wsze łączyła się z kolorem niebieskim.

Wspomniany wyżej Wasilij Kandińsky pisze:

 „Tym, co mnie drażniło (i drażni do tej pory) jest fakt, iż synestezję rozpatruje się jako coś nadprzyrodzonego, a nie w obrębie normy ludzkiej psychiki”. Oczywiście - trudno jest zaprzeczyć istnieniu pewnych patologicznych stanów umysłu, o których piszą badacze zjawiska synestezji - jednak jeszcze trudniej jest dowieźć, że ktoś nie jest synestetą.

 

Synestezja

 

Prawdopodobne jednak jest, że każdy z nas choć odrobinę jest synestetą. Sam Kandińsky wyraził pogląd „Trudno byłoby znaleźć kogoś, kto by próbował wyrazić jasnym żółtym kolorem basowe nuty, lub ciemne jezioro jako sopran”. Mamy tutaj wyraz temu, że Kandińsky „widział” w różnicy wysokości tonu - różnicę jasności plam barwnych.

„Trudno byłoby znaleźć kogoś...”. Jest to dowód na to, że Kandińsky jest zdania, iż zjawisko synestezji jest odbierane przez większość ludzi. Bardziej złożony pogląd wykazuje Rymski-Korsakow.

Mówi on: „Wszystkie tonacje, stroje i akordy odnajduję w przyrodzie, w kolorze chmur czy też w niezwykle pięknym migotaniu wody. Tam jest prawdziwy Cis-dur i h-moll i As-dur i wszystko, czego by się tylko zapragnęło”. Według niego postrzeganie dźwięków jako barwy nie jest takie banalne jak wykazuje to Rimbaud.  W przyrodzie widzi on już nie tylko różnicę wysokości tonów, czy też poszczególne dźwięki, ale specyficzny klimat, jaki oddają różne układy harmoniczne. Głównym czynnikiem sprawiającym łączenie się wrażeń jest sposób, w jaki interpretujemy jednocześnie napływające bodźce z różnych zmysłów. Nie rozdzielamy bowiem informacji, a raczej je łączymy. Zapamiętujemy sumę wrażeń. Często, aby nazwać tę sumę używamy przenośni. „Kiedy odczuwamy czyjeś chłodne usposobienie do naszej osoby - nie oznacza to, że odczuwamy receptorami skórnymi niską temperaturę. Jest to jedynie przenośnia. Podobnie synesteci tacy jak Skriabin pisząc o tym, że przyrodzie widzą poszczególne akordy takie jak hm - używali przenośni.Synestezja

Poniekąd przechodzimy więc do innego zagadnienia obok synestezji, a mianowicie zwykłe łączenie wrażeń zmysłowych, będące dość powszechnym zjawiskiem. Prawdopodobnie każdy człowiek posiada umiejętność łączenia pewnych zjawisk jednego zmysłu z innymi. Słysząc pewną melodię, możemy „widzieć” jej kolor, bądź wyobrazić sobie inny świat nas ogarniający. Człowiek ma wykształcone bardzo skomplikowane mechanizmy interpretacji otaczającego świata. Jego zdolności ciągle się poszerzają na skutek coraz większego zastosowania różnego rodzaju sygnałów i znaków we współczesnym świecie. Różne formy graficzne - mimo, że nie przedstawiają dokładnie swojego znaczenia - są właściwie przez nas interpretowane i wykorzystywane. W projektowaniu graficznym często używa się prostych form, które nie ilustrują, ale sugerują. Właśnie to, że 80% informacji o otaczającym świecie dociera do nas za pośrednictwem wzroku z pewnością przyczyniło się do tego, że projektanci grafiki użytkowej mogą sobie pozwolić na wiele odstępstw od dosłowności w wyrażaniu konkretnych istniejących w przyrodzie przedmiotów. Analiza, której każdorazowo dokonujemy patrząc na cokolwiek - jest tak zaawansowana, że mimo ogromnego postępu w dziedzinie geometrii i cyfrowej analizy obrazu - człowiek do tej pory nie jest w stanie powielić najprostszych algorytmów wykonywanych przez swój mózg. Do tej pory nie powstał żaden program komputerowy, który by tak dokładnie jak zupełnie przeciętny człowiek potrafił określić i nazwać zbiory plam barwnych.

Jak można wykorzystać to w sztuce? Przykładów jest bardzo wiele. Najczęściej spotyka się ją w literaturze. Wszelkiego rodzaju epitety, przenośnie i inne środki stylistyczne są niczym innym jak synestezją, subiektywnym opisem doznań. Również wielu muzyków często próbuje oddać nastrój wywołany wrażeniami wzrokowymi przez muzykę. Najbardziej sztandarowym przykładem są „Cztery pory roku” Vivaldiego, gdzie możemy usłyszeć wiele „obrazów” skojarzonych z konkretnymi stanami pogody. Vincent Van Gogh - twierdził, że w swoich obrazach szuka „tonu głuchego - przypominającego uderzenie sztalugi o ziemię”. I rzeczywiście, kiedy patrzy się na jego malarstwo - często ten „ton głuchy” można odnaleźć. Jednak początkiem przełomu w połączeniu dźwięku z obrazem był rozwój kinematografii. Zdaniem Jana Domańskiego, autora polskiej strony o synestezji, najlepsze rezultaty powstały w studio Disneya. Postaci bajkowe często poruszają się dokładnie w rytm muzyki, co bezsprzecznie jest wykorzystaniem zjawiska synestezji w sztuce, a seria filmów „Fantasta” jest ukoronowaniem doświadczeń zdobytych przez wiele lat. Czasem w procesie montażu materiału filmowego wykorzystuje się unikalne połączenie dźwięku i obrazu. Duże wrażenie wywołuje na nim początek teledysku „Hotel Kalifornia” grupy „The Eagles”, gdzie uderzenia akordów są dokładnie zsynchronizowane z błyskiem reflektorów.

Mnie osobiście „Fantasta” nie przypadła do gustu, może dlatego iż oglądałam ją, mając niespełna 7 lat i nie fascynowały mnie nieco abstrakcyjne, tańczące muchomorki.

W ostatnich latach rozwój praktycznego wykorzystania komputerów w sztuce bardzo mocno przyczynił się do rozwoju w dziedzinie wspólnego działania dźwięku i obrazu. Prawdziwym przełomem był spadek cen komputerów w latach 80, który poskutkował artystycznymi dziełami programistów. W latach 90 bardzo popularne były programy typu „demo”. Ich autorzy wykorzystywali różne obliczenia matematyczne do generowania rozmaitych obrazów często połączonych z dźwiękiem. Jednoczesna popularyzacja muzyki elektronicznej tworzonej przez programowanie pozwoliła niektórym osiągnąć precyzyjną synchronizację dźwięku i obrazu.

 

Po wyjaśnieniu, czym jest synestezja, wrażenia zmysłowe oraz podaniu przykładów, chciałabym opowiedzieć, czym dla mnie jest lub może być synestezja.

Po głębszym przestudiowaniu jej teorii stwierdzam, że nie mogę się poszczycić mianem synestetyka. Prawdopodobnie nie znam również osoby, która synestetą jest. Twierdzi się jednak, iż każdy choć odrobinę ma zacięcie synestetyczne. I coś musi w tym być, z racji tego, gdyż osobiście mój mózg różnie reaguje na pewne melodie. Jakby na to nie patrzeć, jest to jednak chyba tylko pomieszane wrażenie zmysłowe. A może i nie?

Przeglądam listę moich ulubionych utworów MP3. Próbuję je segregować w głowie i wybieram te, które jakoś szczególnie się we mnie wgryzają. Które z melodii mogę nazwać moją… chromestezją? No tak, chromestezją. Jest to odmiana synestezji tzw. „barwne słyszenie”. Ta odmiana synestezji występuje chyba najczęściej.

Na pierwszym miejscu bezsprzecznie stawiam jeden z moich ulubionych gatunków muzyki: ambient. Tak na marginesie, myślę, iż sam w sobie godny jest pozostawienia kilku słów w owym eseju z racji jego charakterystyki.

Ambient cechuje się odejściem od linearnie rozwijanej linii melodycznej, charakterystycznej dla klasycznej muzyki elektronicznej na rzecz luźnej kompozycji plam dźwiękowych. Zazwyczaj poszczególne plamy są powiązane stale powtarzaną frazą elektronicznej perkusji, która organizuje utwór pod względem rytmicznym. W ambient utwór rozwija się głównie przez operowanie barwą dźwięku. Drugą podstawową techniką kompozytorską jest stosowanie stałego powtarzania krótkiej frazy melodycznej, która przy każdej repetycji jest minimalnie modyfikowana bądź wzbogacana. Muzyka ta jest postrzegana jako statyczna i znajdująca się poza czasem. W sztukach wizualnych też zauważymy takie założenia jak w muzyce. Różnią się tylko środki artystycznego wyrazu. Zamiast dźwięku jest obraz.

Określenie ambient wywodzi się przypuszczalnie od hasła musique dameublement, którego autorem jest Erik Satie (1866-1925), rówieśnik impresjonistów. Jego ideałem była muzyka mogąca służyć za tło do życia codziennego, będąca niejako dodatkowym meblem domowym, czyli taka, która mogłaby wpływać na nastrój człowieka, ale nie absorbować go na tyle, aby odrywać od innych zajęć.

Drugim źródłem ambientu jest muzyka konkretna, w szczególności dokonania Johna Cage (1912-1992), znanego z bardzo niekonwencjonalnych metod uzyskiwania dźwięku (radioodbiorniki ustawione na losowo wybrane stacje, kanistry, naczynia kuchenne). Cage łączył dźwięk z obrazem i podobnie jak inni awangardziści nie stosował tradycyjnej harmonii.

Jak widać korzenie ambientu sięgają do muzyki poważnej. Pierwsi kompozytorzy w stylu ambient to Brian Eno oraz Klaus Schulze, których najbardziej inspirujące dokonania przypadły na Lata 70. XX wieku.

 

Brian Eno tak opisywał swoje odkrycie muzyki ambient:

(...)W styczniu 1975 roku miałem wypadek samochodowy. Nie byłem ciężko ranny, ale musiałem leżeć w łóżku na wznak i byłem unieruchomiony. Moja przyjaciółka, Judy Nylon, odwiedziła mnie wtedy i przyniosła płytę z XVIII-wieczną muzyką na harfę. Kiedy już wyszła, z wielkim trudem nastawiłem płytę i położyłem się z powrotem. Okazało się, że wzmacniacz nastawiony był na minimalną głośność i jeden kanał był kompletnie głuchy. Ponieważ nie miałem siły, by się podnieść i wyregulować głośność, dźwięki dochodzące z głośnika były na granicy słyszalności. Wtedy zdałem sobie sprawę, iż można słuchać muzyki w zupełnie inny sposób: traktować ją jako element otoczenia, w ten sam sposób, co kolor światła i dźwięk deszczu (...).

Ekspansja muzyki ambient nastąpiła wraz z eksplozją popularności klubów techno na przełomie lat 80. i 90., XX w. gdzie dla ambient przeznaczono specjalne „chill-out-rooms”. Na scenie pojawiły się wtedy takie projekty jak The Orb, Future Sound of London czy choćby moje bożyszcze – Aphex Twin.

 

Zastanawiam się czasem, czy ambient w czystej postaci można w ogóle nazwać muzyką. Z drugiej strony, skoro sam Penderecki stwierdził, że „najlepszą muzyką jest cisza”, można by stwierdzić, że ambient jest muzyką nie tyle zbliżoną do doskonałości, co może… jej kolorytem?

 

No, to lecimy z tym koksem!

Powracając do moich MPtrójek (ambientowych z resztą na potrzebę eseju), wybieram oczywiście kilka pozycji Aphex Twin, jednego z najbardziej kreatywnych muzyków XX wieku. Utwór „Cliffs”[1] jest synestetycznym numerem uno.  Można powiedzieć, króliczą norą o największej średnicy – taki trochę inny świat. Na dobrą sprawę, zawsze taki sam. Pachnie poranną szarością, mgłą, rosą na skórze oraz, co najcudowniejsze, betonową piwnicą. Melodia jest zimna w dotyku i śliska, prawie jak świeżo złowiona ryba. Czy to już synestezja?

Dalej postawię melodyjkę zwaną „Tassles[2], która dość mnie boli. Obiektywnie rzecz biorąc jest ciężka, jednak mnie parzy w palce. Kojarzy mi się bowiem z przypaloną zapalniczką czarną satyną. Czy to już synestezja?

SynestezjaKolejna, choć nie wiem czy słusznie… na liście umieszczam „Elephant Song[3]. Z racji mojej wcześniejszej pracy nad grafikami z widokami Lublina, przy utworze tym kroczę sobie powolutku mostem pomiędzy starym miastem a zamkiem w mieście L.

 I tak mi już chyba zostanie do końca moich dni. Gdyby jednak rzeczywiście tym mostem kroczył jakiś aphextwinowy Elephantek, to raczej konserwatorzy zabytków mieliby znów trochę roboty.

 Przelatuję MPtróje i odnajduję bardzo istotny, choć już może trochę zapomniany przeze mnie kawałek, a mianowicie „Black Star”[4] gościa o pseudonimie Lustmord, przedstawiciela  dark ambient. Tu nie będę się rozpisywać, gdyż utworowi temu poświęciłam znaczny kawał, a nawet wątek w szufladowych pisadłach. Przytoczę tu po prostu fragment rozpoczętej przed rokiem powieści (nadmieniam iż owy fragment to moja autopsja).

 

(…) Po jakimś czasie nastała dłuższa chwila ciszy. I wówczas dało się słyszeć kroki na piasku. Dziwne, odwróciłam się, ale był to tylko dźwięk z radia. Powróciłam do pracy. Znów słyszałam kroki na piasku, a potem dźwięk rogu, daleko, jakby za górami. I jak gdyby wiatr huczał nad pustynią. Cisza... Dźwięk rogu i złowrogi ciąg powietrza, coś szoruje głucho w skale... Coś upadło w przepaść. Cisza... Raptem słyszę przecinający, lecz bardzo daleko, odgłos wielkiej, długiej trąby, na zmianę z przytłumionym rogiem, przerwane chwilami ciszy. W tle cichy pomruk, jaki wydawały na filmach samoloty z czasów II wojny. Ciarki przeszły mi po barkach, nigdy nie słyszałam czegoś podobnego. Znów coś przecięło powietrze, po czym jakby w spowolnionym tempie upadło na dno przepaści, słychać echo i coś jeszcze, co wzbijało się w górę. Może kurz? Cisza... Znów trąby i róg, samolot wciąż leciał... Wisiał w miejscu, gdzieś nade mną. Wtem coś zawaliło się, wszystko z hukiem spadło w dół, mnóstwo kurzu... Trąby pozostały niewzruszone. Za każdym razem narastało niesamowite napięcie, które teraz spotęgowały ponowne kroki. Głuche, spowolnione... Coś nowego, coś żyje i jest złe – daleko, daleko stąd zaryczało, a echo niosło pieśń głośniej, niż ono samo. Drgnęłam jak oparzona, czując skurcz serca. Zabolało. Cisza zdawała się coraz rzadsza, a trąby zbliżały się. Waliły już się nie tylko skały, burza piaskowa plątała mi włosy, a niebo spowił gęsty dym. Ryki i jęki rzucały się teraz z różnych stron, były przerażające, gdyż nikt nie miał prawa żyć na tym pustkowiu. Zamknęłam oczy, poczułam, jak delikatnie sama wpadam w tę przepaść. Ląduję na miękkiej stercie pustynnego pyłu. Przyciąganie było jak na księżycu. Gdybym odbiła się w górę, uleciałabym tak wysoko, że spadając z pewnością zabiłabym się. Chciałam wskoczyć na ścianę z czerwonego jak cegła piaskowca, panując nad otaczającym mnie gęstym powietrzem. Ale wokół nie było żadnych skał. Nie było niczego, tylko linia horyzontu. Dziwnie jasna, jakby łuna ognia. Niebo nade mną było zasnute już nie dymem, a ciemną wodą z torfowisk, tworzącą groteskowe, senne leje. Wszystko wokół zdawało się być marsową czerwienią. Nie było to piekielne pole, po prostu inna planeta. Miejsce, którego nie ma. Którego nie ma... Trąba i skała w dół... Przycisnęło mnie powietrze. Zapadłam się w piasek. Ktoś mnie jednak szarpnął i wyciągnął dźwiękiem mowy. Byłam ocalona…

- Co to za psychodela? Kurcze, na samą myśl robi dziurę w mózgu – usłyszałam zachwycony głos Mofiki, która bezgłośnie wcisnęła się do studia. Za nią szedł Jarek. Nie zauważyłam, kiedy zjawił się obok, po czym szturchnął mnie w ramię.

(…)

- Idź pobawić się swoimi farbkami, też zrobisz dobry uczynek. Jutro dokończymy. Pracujcie, koleżanki! Praca jest największym dobrem człowieka – tu zwrócił się do Mofiki, po czym roześmiał się jakoś niekonkretnie, wstając. Z wolna udał się do drzwi, po czym rzucił na koniec – A malinka naprawdę super, Morel lubi taki bordowy kolor.

Ignorancja to często najlepsza wyjście... Zostałyśmy same z Mofiką.

- Nie biorę go pod lupę. Czuję, że to grubsza sprawa – stwierdziła.

- Też tak myślę, ale nie specjalnie mnie to interesuje – odpowiedziałam. Może i jakkolwiek by mnie to uraziło, w końcu każdy chce, aby jego praca była szanowana. Ale co innego zajmowało moje myśli. I to tak bardzo, że choć zdawałam sobie sprawę, iż Jarek chce mi zrobić przykrość, nie byłam w stanie odczuć tego negatywnie. Z boom booxa dało się słyszeć znaną piosenkę francuskiej piosenkarki, lecz mnie wciąż wydawało się, że słyszę trąby i spadające powoli w dół... coś. Wiedziałam, gdzie mogę tak rąbnąć w „miejscu, którego nie ma”. Raz już spadłam, dostając metalową drabiną w ciemię. 

- Jarek chyba nie obrazi się, że skorzystam z Internetu – mówię do Mofiki, która z nadmiaru czasu wzięła się za doklejanie kauczukowych pasków do następnej szyby. Ja tymczasem uruchomiłam komputer.

- Czego szukasz? – zapytała po kilku minutach.

- Hm... jakiegoś obrazka, na którym mogłabym się oprzeć. Chcę skończyć „Griffina” i potrzebuję podpowiedzi – zełgałam.

Prawdą było, że potrzebowałam natchnienia. H.R. Giger odpowiedział na moje pytanie.

 

Oto opis mojego pociągu widma:

Mój pociąg widmo jeździł w jedną stronę. Droga zaczynała się na początku Storchengasse 17 i prowadziła przez podwójną serpentynę do wahadłowych drzwi, które przód wózka z hukiem otwierał i które następnie wskakiwało na dawne miejsce. Ciemny, wąski korytarz poniżej, który kończył się skrętem w lewą stronę, wypełniały całe góry szkieletów, potworów i ciał z kartonu i gipsu. Słabe światełka, które ukradliśmy z rowerów zaparkowanych na ulicy i pomalowaliśmy na różne kolory, dawały tajemnicze, upiorne światło. Duchy – łotrzy, wisielcy i umarli powstali z grobów – przy odpowiednich odgłosach poruszali się dzięki moim kolegom. Wyjście znajdowało się z tylu podwórka, które prowadziło do Scharfrichtergasse, uliczki równoległej do Storchengasse.

Po jakiś trzech latach szkoły podstawowej zacząłem pożyczać książki Karola Maya i Edgara Wallace’a. Potem przerzuciłem się na thrillery jak Figurki woskowe i Upiór w Operze. Po tak fascynujących lekturach mój pociąg widmo wydał mi się raczej prymitywny. Zacząłem więc zamieniać górny pokój nad naszym mieszkaniem, w którym nadal znajdowały się szyny kolejki, na czarny pokój. Wyszykowałem go na miejsce sesji jazzowych i spotkań z pociągającymi dziewczynami”.

 

Jak to jest panie Giger, że ludzi ciągnie do strachu? Być może Bóg nie stworzył nas na swoje podobieństwo. Być może rozum był pomyłką ewolucji. Dzięki niemu potrafimy na tyle się o siebie zatroszczyć, że skutecznie eliminujemy zagrożenia i tym samym sami sobie szkodzimy. Rozumiemy, że strach, to często wyobraźnia. Dla naszej równowagi potrzebny jest nam jednak jak powietrze, łakniemy go... i pożądamy. On nas napędza i on nas niszczy!

Przeglądam zdjęcia czarnego pokoju w galerii na stronie artysty. Ale szybko porzucam tę ideę. Nie było sensu sugerować się czymś, co już istnieje, a jedynie koncepcją, iż coś takiego istnieć może. H. R. Giger swe plany z pociągu widma przerzucił na pokój. Postanowiłam zrobić podobnie, przekładając me wizje i lęki, wywołane dźwiękiem, na strych. Uczyniłam już pierwszy krok.

Lustmord – strych , którego nie ma. (…)

 

Uczucia wywołane w/w utworem nadal gdzieś we mnie tkwią, jednakże już nie tak mocno. Czerwone piaskowce nie są już tak twarde.

Ostatnią moją piosenką synestetyczną będzie chyba Marillion i ich „Neverland[5]. Oddziałuje ona myślę na mnie bardzo silnie lecz tylko w kolorze i świetle. Widzę tu niebieskie, punktowe światło, skierowanie centralnie lekko z prawej.  Nic poza tym. Ten niebieski jest bardzo żywy, nasycony, niczym blue z komputerowego RGB, określany kodem # 0033FF.

 

Aha… Powracając jeszcze do Aphex Twin, posłużył mi on do zrobienia etiudy filmowej. Sama geneza filmu jest dość skomplikowana.

 

Synestezja

"Cubesession" - kard z filmu.

 

Cubesession[6] był działaniem spontanicznym, zainspirowanym jedną z najprostszych brył geometrycznych, jaką jest sześcian. Bohaterowie filmu, papierowe kostki nie są jednak prostymi bryłami z deseniem z kwadratów. Sam deseń zainspirowany był matematycznym pojęciem fraktala. Teoretycznie fraktal jest to skomplikowana figura geometryczna, o której trudno powiedzieć, czy jest krzywą czy powierzchnią. Najprościej rzecz ujmując jest to figura, od której odchodzą jej „klony” w określonym porządku, będące 1/3 wielkości figury macierzystej. Następnie sytuacja powtarza się i może to trwać w nieskończoność. Mój deseń był symetrycznym układaniem kwadratów na osi XY, po czym osiągając odpowiednią strukturę, został przeniesiony na papier. Następnie kompozycję tę chciałam pogłębić, przenosząc ją poniekąd w trzeci wymiar. Tak powstały kostki, które teoretycznie dało się ułożyć w tej samej strukturze, jednak już na osi XYZ.

W filmie sztywne matematycznie kostki nie trzymają się jednak reguły 3D. Pojawiają się, znikają, skaczą, kochają się, tańczą, czyli po prostu żyją. Ich zachowanie można interpretować na wiele sposobów. Dla mnie są uosobieniem bliżej nieokreślonego społeczeństwa, które choć trzyma się pewnych reguł, liczb i standardów, nie jest jedynie zbiorem jednostek czy mas, ale to także istoty, które czują i chcą te uczucia okazać.

Muzyka była pierwsza. Tworzeniem obrazu zajęłam się pod jej działaniem…

 

Jeśli o mnie chodzi, to by było na tyle. Łączenie dzwięku z obrazem to wspaniała zabawa, a jeśli o multimedia chodzi, również mój przyjaciel korzysta z tych dobrodziejstw.. Chętnie o tym opowiem.

Mój przyjaciel jest fascynatem islandzkiego zespołu Sigur Rós, który gra muzykę post-rockową z elementami klasycznymi i minimalistycznymi. Jak twierdzi, utwór „Nyja Lagif” zawsze kojarzył mu się z jego klatką schodową, ze swojego rodzaju „domem, którego nie ma” (oboje lubimy niemiejsca, stare fabryki i łąki nocą). Stworzył luźno złożone ze sobą sceny filmowe, które dobierał tak, jak mu nakazywały uczucia Nyja Lagif[7]. Były to m.in. przesuwające się okna w windzie, śmietnik, światła osiedla nocą na huśtawce, martwa mucha na chodniku, pędzący przez pole pociąg. Wszystko to było ciepłe i domowe.

Z kolei inny mój znajomy, saksofonista z resztą, odczuwa muzykę bardzo fizycznie. Jak twierdzi, grając elektroniczne free jazzowe kawałki odnosi wrażenie, iż jest na głodzie narkotycznym (jest abstynentem). Trzęsą mu się wówczas ręce i bolą włosy. Trudno mi to pojąć, choćby z racji częstotliwości free jazzu. Po koncercie na żywo wychodzi się z głową oderwaną od karku jakimiś kombinerkami i osadzoną z powrotem na gwoździu.

 

Myślę, że przytoczone powyżej przykłady stanowią o pewnej nawet cząstkowej synestezji, która tkwi w każdym człowieku, choćby literackiej. Sądzę iż każdy może tworzyć coś na jej podstawie, nawet jeśli przyczyny powstawania mieszanych wrażeń zmysłowych są inne niż założone przez Cytowica. Może to być efekt wspomnień z dzieciństwa, wynik zażywania narkotyków, bujna wyobraźnia czy umiejętności posługiwania się metaforami. Z pewnością cecha ta jest godna pielęgnowania.

Tak… Stwierdzam, że mózg to fajna rzecz.

 

 

Bibliografia:

 

1.         Bragdon Allen D. „KIEDY MÓZG PRACUJE INACZEJ. ADHD - Alkoholizm - Autyzm - DÉJA VU - Dysleksja - Leworęczność - Słuch absolutny - Pamięć fotograficzna - Sezonowe zaburzenie afektywne – Synestezja”, wyd. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, wydanie I, Gdańsk 2003, ISBN 83-89574-07-1

2.         Gołaszewska M. „Estetyka pięciu zmysłów”, wyd. PWN, Warszawa – Kraków 1997,

 ISBN 83-01-122-74-9

3.         „H.R. Giger ARH +”, wyd. Taschen, wydanie i produkcja: Gaby Falk, Kolonia, Warszawa 2005, ISBN 83- 89571-95-1

4.         www.synestezja.pl



[1] Aphex Twin - Selected Ambient Works Volume II - 101 - Cliffs

[2] Aphex Twin - Selected Ambient Works Volume II - 210 - Tassels

[3] Aphex Twin - Analogue Bubblebath 4 - 01 - Elephant Song.

[4] Lustmord - Black Star

[5] Marylon - Neverland

[6] Magdalena Durasiewicz „Cubesession”.

[7] Sigur Ros - Nyja Lagif

Zaloguj się aby dodać komentarz

Autor: Nemesis Dodano: 2012-03-07 12:15:07
Tekst jest interesujący, chociaż bardziej osobisty niż naukowy. Podejrzewam jednak, że żeby tekst naukowy był interesujący to musi być trochę osobisty. Nie wiem czemu tak bardzo chciałabyś być synestetą. Każdy "dar" wiąże się z konsekwencjami, w tym wypadku bardzo mało przydatny dar może się wiązać z utratą bardzo praktycznych umiejętności. Mogę ci wymienić kilka zalet i wad posiadania syntestezji.
Zalety:
- słuch muzyczny lepszy niż u większości muzyków, intuicyjne rozróżnianie dźwięków, pamięć do dźwięków, brzmienia, rytmu. Możliwość odtworzenia utworu muzycznego nawet po jednym przesłuchaniu i prawdopodobieństwo zapamiętania go do końca życia. Dlatego, że jak wspomniałaś słuch współpracuje ze wszystkimi innymi zmysłami. Dźwięki mają kolory, ciepłotę, fakturę, kształty, smaki, zapachy, dają uczucie szczęścia, niepokoju, najedzenia, niewyspania itp.
- rozróżnianie około sto razy większej ilości kolorów niż przeciętny człowiek, zapamiętywanie układu barw i dokładności odcienia. Przydatne w malarstwie, daje możliwość przekazania znacznie więcej niż może przeciętny malarz. Niestety, najczęściej, nie znacznie większej ilości ludzi. Rozumienie obrazu złożonego prawie z samych plam i widzenie w nim głębi nie jest do końca typowe.
- wychwytywanie, rozróżnianie, zapamiętywanie i umiejętność wewnętrznego komponowania zapachów i smaków, dlatego, że każdy z nich oddziałuje także na większość lub wszystkie zmysły. Co to daje w praktyce? Lepiej się gotuje bo można wpierw ugotować potrawę ze znanych smaków i skosztować jej w głowie no i można kupić perfumy po przeczytaniu opisu tylko, jeśli się spotkało wcześniej z zapachami, które one zawierają.
- "czytanie ludziom w myślach". To jest właśnie to, co można by nazwać szóstym zmysłem. Dzięki wyjątkowemu węchowi, wzrokowi i słuchowi (nie mam tu na myśli sprawności organów) można z barwy głosu, z zapachu, z zapamiętanych kształtów gestykulacji odczytać ludzkie, zwierzęce zamiary. To wszystko oczywiście odbywa się najczęściej podświadomie, dlatego, że tak jak we wszystkich wcześniejszych przykładach, to się po prostu czuje, po prostu wie i dopiero po głębszym zastanowieniu jest się w stanie powiedzieć skąd to się bierze. Ludzie są przyporządkowywani kolorom, o dziwo, najczęściej nie od skojarzeń ani nawet koloru oczu i włosów ale od imion np. Dla mnie doskonałe kolorystycznie jest imię Dawid, bo ma pięć liter i dwie sylaby które spajają się na półniemej literze "w" w sposób doskonały. Litera D jest czarna ale w połączeniu z białawym a staje się szarawa, a żółtym i staje ciemno brązowa, to wszystko jest bardzo brzydkie dopóki nie połączy się tego z niemal czerwoną literą w, która stojąc po środku, jednocząc wszystko staje się dla mnie najdoskonalej słyszalna i najważniejsza i narzuca samogłoskom swoją karminową barwę, przez to dwa czarne pale liter d zyskują poświatę koloru burgunda, więc całe imię jest jak kolczasty, zdobiony na czarno kielich wina (w smaku też jak wino, które kuje brzegiem kielicha). Jak ciepło poczucia bezpieczeństwa przerwane przez nagły, krótki dreszcz niepokoju. Słowo synestezja musiało zostać stworzone przez synestetę bo jest wyjątkowo piękne, ale opisywanie go zajęłoby zbyt wiele miejsca. Kolory ciągów liczb zazwyczaj są brzydsze i bardziej chaotyczne, niemal pstrokate, bo liczby nie wiążą się ze skojarzeniem dźwięków.
- uczenie się języków obcych. Słysząc wymawiane przez obcokrajowca słowo jeśli się takiego obcokrajowca dodatkowo widzi, ma z nim do czynienia i jeśli wypowiada je on naturalnie dla słowa znaczenia, to można niemal od razu zrozumieć. Zrozumieć głębiej niż przyporządkowując znaczeniu w rodzinnym języku. Zrozumieć na poziomie podświadomym, zrozumieć jakby był już wrośniętym archetypem. Jeśli język ma ładny ogół barw i sprawia przyjemność to uczenie się go może zająć mniej niż rok. Jeśli jest odrażający, kanciasty, pełen brzydkich liter to można się go nigdy nie nauczyć.

Nie jestem pewna czy wady dla wszystkich są takie same, nie znam ani jednego innego synestetyka więc wymienię te, które sama odczuwam:
- dyskalkulia (brak zrozumienia wartości liczb, liczby to szeregi kolorów a nie wartość!), niemożliwość obliczania w pamięci i to na poziomie dodawania i odejmowania, niemożliwość mnożenia, wyobrażania sobie ile to jest sto metrów a ile to jest tysiąc metrów, niemożliwość wyobrażenia sobie znaczenia liczb większych niż to można odczuć zmysłami.
- słaba pamięć do faktów logicznych, liczb, i wszystkiego co pozbawione pożywki dla zmysłów.
- słaba wyobraźnia przestrzenna,
- osłabione myślenie logiczne (mózg jest zaśmiecony zbędnymi, niemożliwymi do wyłączenia skojarzeniami),
- skupianie się na szczegółach (zachowywanie jak zbyt wielki amator lsd),
- niezrozumienie praktycznych aspektów życia i dążenie do subiektywnego wrażenia odczuwania estetycznego piękna,
- problemy ze zrozumieniem pojęć z zakresu fizyki, chemii, matematyki, informatyki i wszystkiego co składa się ze wzorów pozbawionych pożywki dla zmysłów,
- sny prezentujące papkę zmiksowanych wrażeń zmysłowych.

W praktyce synesteta to interesujący nikt. Pewnie jest tak mało synestetów, bo wszyscy zdychają z głodu.

Spodobaliby ci się sawanci. Spójrz: http://pl.wikipedia.org/wiki/Sawant
Autor: Magda Dodano: 2012-03-07 21:54:41
Dziękuję Nemesis za tak wyczerpujący komentarz, niemal kontr-albo sub-artykuł :)
Autor: Nemesis Dodano: 2012-03-08 13:02:05
Tylko ukłon w stronę twojej pracy ^^