W domu go nie było. Wróciłem na podwórko. Między gankiem a garażem jaśniała na ściętej trawie blada żyła ścieżki. Ostatnio tylko tam chodził. Do garażu i z powrotem. Gdy wszedłem, nie usłyszał mnie. Pochylony, przykręcał coś. Rozwarta klapa silnika udawała atakującą paszczę.
– Cześć, tato!
Drgnął przestraszony. Był pewien, że jest sam ze swoim fordem.
– A… – odwrócił na moment głowę, by posłać mi krótkie spojrzenie i, nie prostując się, machnął trzymanym w ręku kluczem. Nie spiesząc się, dokręcił śrubę. Odłożył klucz na półkę i podszedł do blaszanego zlewu. Umył dokładnie ręce mydłem, wytarł je podartym ręcznikiem i podszedł się przywitać.
– Nic nie słyszałem – wyjaśnił.
– Kiedyś cię okradną. Ze wszystkiego. Mogłem bez problemu wynieść pół domu. Czemu nie nosisz aparatu, tato?
Nie odpowiedział. Zamiast tego odwrócił głowę i wpatrzył się w swój stary jak świat samochód. Oddychał ciężko, zmęczony. Szpakowate, rzadkie włosy na jego skroni były zlepione potem.
– Co wysiadło?
– Eee, nic nie wysiadło – zirytował się. – Alternator był trochę poluzowany. Tu nie ma prawa nic wysiąść. Chodźmy do domu – zakończył.
Sękata, brązowa od słońca dłoń rozwarła się, zostawiając przede mną filiżankę.
– A…, ty nie słodzisz – przypomniał sobie i cofnął przysuwaną do mnie cukiernicę.
Pomieszał swoją kawę i oparł łyżeczkę na brzegu podstawki. Wyprostował się, opierając plecy o drewniane oparcie krzesła i spojrzał mi w twarz.
– I co u ciebie? – zapytał, pocierając kciukiem wnętrze drugiej dłoni.
Sięgnąłem do kieszeni marynarki i wyjąłem z niej płaską, czarną książeczkę.
--Mam już dyplom i potwierdzenie z instytutu – zacząłem z dumą i położyłem książeczkę obok jego ręki.
– A co mi tu…! – strzepnął impulsywnie dokument ze stołu. Białe kartki wnętrza zatrzepotały i wygięły się, przylgnąwszy do podłogi. Rozwarte okładki przypominały kruka, który przysiadł na ziemi, nie mając sił do dalszego lotu. Tato patrzył w okno bez słowa. Podniosłem dyplom, schowałem go do kieszeni i usiadłem z powrotem. Zaskoczenie wolno topniało, niczym kopiec rozbierany przez mrówki refleksji. Patrzyłem na fotografie powieszone na ścianie kuchni. Pierwsza komunia. Wycieczka do Zakopanego. Mama z siostrą w ogrodzie. Ja i tata przy ulach. On taki jest. Impulsywny. Teraz uspokaja się i żałuje. Od zawsze chciał, żebyśmy „wyszli na ludzi”, „mieli w życiu lepiej”. Mawiał, że po to zostaje po nocach w warsztacie. Jest tak, jak sobie wymarzył. Musiał wiedzieć, że się oddalimy. Z każdym rokiem stawaliśmy się inni niż on. Jest tak, jak sobie wymarzył.








(8)
(0)

Pozdrawiam
Po pierwsze dlatego, że opowiadanie trzyma cholernie wysoki poziom.
A po drugie - mogę się zgodzić z Panią Alicją ;)