Przemknęli przez płot niemal bezszelestnie. Najmłodsze miało dziesięć, najstarsze dwanaście lat. Trzechchłopaków, dwiedziewczyny. Zaplanowali wyprawę w najdrobniejszych szczegółach. Cel był jasny i stał przed nimi w odległości kilkunastu metrów, wystarczyło przebrnąć przez kłujące krzaki głogu, dopaść drzewa, przebiec przez poletko porów i otworzyć drzwi. Skarby były na wyciągnięcie rąk.
Byli przyjaciółmi na dobre i na złe; czas i warunki, w którym przyszło im dorastać nie wróżyły szczególnie różowej przyszłości: małe, zapuszczone miasteczko, rodziny zajęte roztrząsaniem problemów gwiazd telewizyjnych seriali; jeśli ktokolwiek miał tu jakieś nadzieje, to tylko właściciel sklepu - miejscowy "bogacz" - na wyższe obroty z tytułu monopolu. Konkurencjawywiesiłakartkęna drzwiach informującą o "wyprzedaży z powodu likwidacji". Mieszkali na niewielkim osiedlu domków, spotykali się codziennie - w ciągu roku szkolnego - w drodze do i ze szkoły w autobusie, popołudniami na improwizowanym boisku z samodzielnie zrobionymi bramkami; podczas wakacji już bez ograniczeń - całymi dniami snując się, bawiąc, chodząc nad rzekę, jeżdżąc rowerami, czy leząc i paplając w świetnie ukrytym, leśnym szałasie. Kłócili, godzili się, zawierali wewnętrzne sojusze, to znowu solidarnie bronili przed zaczepkami intruzów z małego, blokowego osiedla. Nie wyobrażali sobie życia bez siebie.
Człowiek, który sześć lat temu wprowadził się do tego zapuszczonego domu na uboczu uchodził za dziwaka. Dopieropodłuższymczasie wtopił się w lokalny pejzaż, nie na tyle jednak, żeby okoliczna dzieciarnia nie wyśmiewała i przedrzeźniała go publicznie, sąsiedzi traktowali z rezerwą, a właściciel sklepu nie płacił za dostarczane warzywa i owoce na czas. Ignorował to, niewiele się odzywał, jeśli już - były to raczej pomruki i burknięcia. Szedł zawsze z ponurą miną, pchając przed sobą dwukołowy wózek, pochylony, stawiając energiczne, długie kroki, aby jak najszybciej znaleźć się w swojej twierdzy. Plotki mówiły, ze siedział w więzieniu, inne, że cala rodzina zginęła mu w wypadku samochodowym, jeszcze inne, że cale życie spędził w afrykańskiej dżungli, ale nikt tak naprawdę nie wiedział skąd się tu wziął ani, tym bardziej, po co.
Pierwszy rekonesans zrobili już rok temu: bezpłatne jabłka, śliwki, dorodne pomidory czy kalarepki były zbyt łakomym kąskiem, by nie skorzystać, a dodatkowe ryzyko tylko wzmagało smak, kiedy w leśnym szałasie pochłaniali swoje łupy. Podczasdrugiegoskoku o mało nie wpadli - ogrodnik wyszedł z domu i przemknął jak cień, tuz obok nich, do malej, oszklonej oranżerii. Wstrzymali oddech, nie mieli wątpliwości, co mogłoby ich spotkać, gdyby zauważył. Oczami wyobraźni widzieli się zamkniętych w ciemnej wilgotnej piwnicy poddawanych torturom; na szczęście nie zwrócił na nich uwagi, chociaż przechodził tak blisko, że mogli go niemal dotknąć. Tkwili w bezruchu dopóki ogrodnik nie wrócił z powrotem do domu, ale dzięki tej przygodzie dostrzegli swój przyszły cel. Niewielka, piękna szklarenka kryła burzę kolorów, kształtów, ukrytych w pozornie bezładnie ułożonych konarach drzew kwiaty storczyków. Ilość odmian, kształtów i barw oszałamiała. Pulsująca różnorodność odcieni, wielkości, kwiatowych gron budziła zachwyt i pożądanie. Pożądanie zerwania i ozdobienia szałasu. Madzia, szósta z paczki, nieobecna dzisiaj z nimi, obchodziła urodziny. W prezencie miała dostać kwiaty. Taka niespodzianka: spełnienie jej życzenia wypowiedzianego po jednej z nielegalnych wizyt w ogrodzie.
Z małego strychowego okienka przyglądał się im w milczeniu i bezruchu, jak zwykle, kiedy przychodzili. Uśmiechał się na widok nieporadnych prób kamuflażu - we włosach miały wpięte jakieś gałązki upstrzone liśćmi, czołgali się wysoko unosząc pośladki; uśmiechał się kiedy doskakiwali z trudem do za wysoko zawieszonych jabłek i kiedy wysypywały im się śliwki z koszul na brzuchach. Uśmiechałsię, gdynieporadnie zmykali gubiąc po drodze zdobycze i kiedy słyszał ich śmiech już zza płotu. Uśmiechał się także teraz, patrząc jak wchodzą i ścinają jego kwiaty, jak niosą naręcza barw, jak wschodzące słońce skacze po umykających małych postaciach. Uśmiechał się, mimo łez płynących po ogorzałych, zarośniętych policzkach.









(2)
(0)
