Zakurzona tożsamość
– Już niedaleko – wysapał Mateusz.
– Mówiłeś
tak godzinę temu – Agnieszka od początku
była przeciwna ich wyprawie. Las był tak gęsty, że zmuszeni byli zostawić
omniplan na pobliskim wzniesieniu. Od tego czasu minęła już godzina, a oni
nadal przedzierali się przez zarośla w poszukiwaniu ruin. Mateusz nazywał je
zabytkami. Dla niego były to domy pradziadów, a dla niej nic więcej jak tylko
sterta kamieni zawieruszonych gdzieś pośród wzgórz.
– Wiesz, że
to dla mnie bardzo ważne. Ojciec mówił, że w podobnych domach mieszkał jego
prapradziadek, jeszcze przed katastrofą.
– Jak długo
ludzie będą wspominać katastrofę? Minęło prawie czterysta lat.
Mateusz uśmiechnął się z roztargnieniem. To, co
dla niej było tylko zamierzchłą historią, od kilku lat stanowiło sens jego
życia. Czytał wszystko, co w jakikolwiek sposób wiązało się z dawnymi czasami:
beletrystykę, prozę dokumentalną, dzienniki oraz doniesienia historyczne.
Jednak to wszystko było niczym w porównaniu z możliwością zmierzenia się oko w
oko z historią przodków. Historią tak bolesną, że prawie nikt nie chciał ani o
niej mówić, ani tym bardziej zapuszczać się w miejsca zapomniane przez
współczesną cywilizację.
– Czytałem,
że tuż przed katastrofą na Ziemi żyło ponad dziesięć miliardów ludzi.
– Aż tyle?
Gdzie się mieścili?
– Żyli w
miastach.
– Miastach?
– Tak.
Początkowo miasta przypominały nasze osady, z upływem czasu jednak zmieniły się
w kilkumilionowe skupiska.
– To jakaś
bzdura. Po co ludzie mieliby mieszkać na betonowych pustyniach, jeżeli na
świecie jest tyle pięknych przestrzeni?
– Dziadek
mówił, że ludzie byli głupi i nie dbali o przyrodę. Dlatego zostali ukarani. W
wielu miejscach zabrakło słodkiej wody, a mieszkańcy Ziemi umierali z
pragnienia. Najsilniejsi zdołali dotrzeć do nielicznych czystych rzek, gdzie
musieli zacząć wszystko od początku. Te kilka milionów, które przetrwało,
założyło nowe osady na terenach, których nie dosięgła katastrofa ekologiczna.
Dzięki ingerencji rządów kilku państw ludzkość nie cofnęła się w rozwoju, lecz
powstała nowa cywilizacja, której założyciele korzystali zarówno z dokonań, jak
i błędów przodków. Dziś także mamy do dyspozycji różne środki komunikacji oraz
elektryczność, ale nie szkodzimy już środowisku.
– Myślę, że
nie powinniśmy byli tu przyjeżdżać. Tata mówił, że nikt przy zdrowych zmysłach
nie zapuszcza się w te okolice. Możliwe, że woda i powietrze nadal są zatrute.
– Po tak
długim czasie? Nie bądź przesądna, jak inni. Poza tym wzięliśmy zapas wody. Czy
wiesz, że czterysta lat temu nie było omniplanów? Samochodem jechalibyśmy przez
kilka dni.
– Tak, to
pocieszające. – Agnieszka przerwała, gdyż nagle znaleźli sie na otwartej
przestrzeni. Na porośniętej krzakami i ostem polanie stało kilka szarych,
prostokątnych, dość wysokich budynków. Natrętne łodygi bluszczu zdołały pokryć
popielate ściany do wysokości czwartego piętra. Owinęły się też wokół
pordzewiałych balustrad balkonów.
Mateusz podniósł głowę i w milczeniu przypatrywał
się popękanym murom, czarnym oczodołom okien oraz zielonej powłoce pleśni,
która nadała dwóm pierwszym piętrom maskujący kolor. Miejsce wydawało się tak
nierzeczywiste, że Mateusz na moment zwątpił w to, że budynek stanowił niegdyś
dom mieszkalny.
Agnieszka spojrzała na porośniętą krzakami,
nienaturalnie wysoką ruderę i poczuła mdłości. Nie mogła uwierzyć, że dała się
namówić na ten wyjazd. Mateusz zawsze miał jakieś szalone pomysły, ale teraz
zdecydowanie przesadził. W ich mieście nikt nie mówił o przeszłości inaczej niż
z pogardą.
Uwagę Mateusza przyciągnęło miejsce pomiędzy dwoma
najbliższymi budynkami. Spośród krzewów nieśmiało wyglądały powykrzywiane,
metalowe konstrukcje. Mateusz mógł sobie wyobrazić, jak na zardzewiałych,
porośniętych mchem huśtawkach i karuzelach siadają dzieci, by ożywić zaklęty w
milczenie świat.
Mateusz od dzieciństwa marzył o zdobywaniu nowych,
niedostępnych terenów. Zaczytywał się książkami o dawnych podróżnikach i
wyobrażał sobie, jak jako jeden z pierwszych zdobywa miejsca nieodwiedzane od
setek lat. On, który potrafił wydać ostatnie kieszonkowe na pożółkły tom w
antykwariacie i przeczytać go w dwa wieczory, nigdy nie przegapiłby okazji
uchylenia rąbka tajemnicy i obejrzenia choć fragmentu świata sprzed katastrofy.
Potrzeba poznania była silniejsza niż siła przesądów, która trzymała wielu
poszukiwaczy przygód z dala od zatrutych terenów. Nie wierzył, że podkradając
ojcu omniplan, robi coś złego. Być może, jeśli dokona jakiegoś godnego uwagi
odkrycia, pewnego dnia to o nim będą pisali książki.
Zbliżył się do miejsca, gdzie kiedyś zapewne były
drzwi, a teraz znajdował się jedynie czarny otwór, z którego wydobywał się
zapach stęchlizny. Agnieszka krzyknęła:
– Chyba nie
zamierzasz tam wejść? Ten dom ma prawie cztery wieki! Lada chwila się zawali.
– Poczekaj
tu na mnie, jeżeli się boisz. Tylko się rozejrzę. – Mateusz za nic nie
przegapiłby takiej okazji.
– A żebyś
wiedział! I jak za piętnaście minut cię nie będzie, to lecę z powrotem!
Mateusz obrócił się na pięcie i już po chwili był
w środku. Z początku nie widział przed sobą absolutnie niczego. Po paru
chwilach przed oczami zaczął mu majaczyć zarys czegoś, co przypominało schody.
Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności. Zakurzone stopnie z pordzewiałą
barierką nie wydawały się godne zaufania, ale skoro dotarł już tak daleko,
dlaczego nie miałby zajrzeć przynajmniej na pierwsze piętro?
Stopień za stopniem wchodził coraz wyżej,
słuchając echa własnych kroków rozlegającego się na całej klatce schodowej. Na
pierwszym piętrze było widniej. Mdłe światło wpadało przez pozbawione szyb
okna. Wyjrzał przez jedno z nich. Okno wychodziło na północną stronę dawnego
osiedla. Możliwe, że kiedyś był tu parking, ale teraz teren zarósł zielskiem, a
betonową nawierzchnię zniszczyły korzenie drzew. Las powoli i systematycznie
zbliżał się do budynku. Mateusz odwrócił się i zauważył, że na drugim końcu
korytarza znajdują się otwarte drzwi. Zapewne ludzie wynosili się stąd w
panice. Chyba nikt nie został? Na myśl o znalezieniu kilkusetletniego szkieletu
w którymś z mieszkań poczuł łaskotanie w żołądku i omal nie skusił się na
szybkie opuszczenie budynku.
„Nie!”,
pomyślał. „Mam
po prostu uciec i przegapić taką szansę? Raczej nieprędko będę mógł znów
zwędzić ojcu omniplan”.
Ruszył przed siebie, ściskając w ręku aparat
fotograficzny. Za uchylonymi drzwiami znajdował się przedpokój. Brązowe tapety
we wzory odchodziły od ścian, w powietrzu unosił się zapach zbutwiałego
papieru. Zahaczył butem o rozrzucone na podłodze śmieci. Jakieś szmaty,
naczynia, dziecięce zabawki. Mateusz zebrał się na odwagę i ruszył przed
siebie, prosto do drugiego pomieszczenia, które zapewne służyło kiedyś jako
gabinet. W głębi stało duże dębowe, nadgryzione nieco przez ząb czasu biurko. Mateusz
podszedł bliżej i zauważył leżący na blacie notatnik. „Ciekawe, czy to zwykły notes czy też może
pamiętnik?” Z wahaniem wyciągnął rękę i chwycił stary pożółkły
brulion. W powietrzu uniósł się kurz. Przez chwilę obawiał się, że zeszyt
rozpadnie mu się w rękach. „Może powinienem zawieźć to
do naszej doliny i umieścić w muzeum?” Ciekawość
okazała się jednak silniejsza od strachu czy poczucia obowiązku. Mateusz
otworzył notes pośrodku, na pierwszej lepszej stronie i z ulgą stwierdził, że
tusz wyblakł tylko trochę, a kartki są całe. Na pierwszej stronie było kilka
luźnych notatek.
Mateusz wyobraził sobie niemłodego już zapewne
człowieka, który siedział przy dębowym biurku przed laty i pisał te słowa
spoglądając na pędzące tuż za oknem samochody oraz na szereg wysokich budynków
przesłaniających mu niebo.
Miał ochotę przeczytać choć fragment, ale
przypomniał sobie, że na dole czeka Agnieszka. Zdążył ją poznać na tyle dobrze,
by wiedzieć, że może faktycznie odlecieć sama i skazać go na samotne błądzenie
po opuszczonym terenie, na którym nie wiadomo, czy jest woda pitna.
Wcisnął notes do plecaka, zrobił kilka zdjęć i
wyszedł na korytarz. Tak, teraz wejdzie na drugie piętro (schody wydawały sie
dość stabilne, w końcu to żelazobeton), rozejrzy się, być może pomacha Agnieszce
przez któreś z okien, pstryknie kilka fotek i zejdzie na dół.
Wyszedł z mieszkania i podążył korytarzem w stronę
schodów. Spojrzał na stopnie prowadzące w dół, a potem, po chwili wahania,
wbiegł na schody prowadzące na wyższe piętra. Drugie, trzecie, czwarte...
Zakręciło mu się w głowie. Od zapachu stęchlizny ponownie poczuł mdłości, ale
nie dawał za wygraną. Jeśli nie teraz, to kiedy? Usłyszał cichy pisk. Szczur?
Nie, to niemożliwe. Z pewnością nie ma tu już żadnych resztek, a zwierzęta, o
ile w ogóle jakieś tu są, żyją w lesie. O tym, że wbiegł na dziesiąte, ostatnie
piętro, poinformowała go dziura w dachu, przez którą widać było bure chmury.
Wzrok Mateusza przesunął się po obdrapanych, popisanych sprayem ścianach i
spoczął na dużych metalowych drzwiach z napisem „Uwaga. Sprawdź, czy kabina
znajduje się za drzwiami”.
– Sprawdzę!
– mruknął do siebie. Był w swoim żywiole. Kiedy coś wzbudziło jego ciekawość,
nie sposób było go zatrzymać.
Zrobił kilka kroków do przodu i wyciągnął rękę w
kierunku szarego metalowego uchwytu. Kiedy dotknął śliskiej zimnej klamki,
przeszył go dreszcz. Zacisnął zęby i całą siłą woli pociągnął drzwi do siebie.
Usłyszał głośne skrzypnięcie, a na twarzy poczuł
powiew zatęchłego powietrza.
– Nie, nie
ma kabiny – wyszeptał, wpatrując się w czarną pustkę. Powinien zamknąć drzwi,
lecz jakaś siła pchała go do przodu. Jak zahipnotyzowany zbliżył się do miejsca,
gdzie kończyła się podłoga i spojrzał w dół. Zakręciło mu się w głowie, a przed
oczami latały małe, szare kółeczka. Zapewne otwierając drzwi spowodował
przeciąg, gdyż nagle podmuch ciepłego wiatru o trupim odorze odrzucił go do
tyłu. Z trudem odzyskał równowagę. Miał wrażenie, że po prawej stronie
korytarza widzi małe jasne ślepia czające się półmroku. Tym razem nawet
wrodzone zamiłowanie do odkrywania wszystkiego, co tajemnicze i zakazane nie
było na tyle silne, by zapuścić się w ciemność i sprawdzić, czy to szczur, czy
jednak coś jeszcze mniej przyjemnego. Potykając się ze strachu, zaczął zbiegać
po schodach w dół. Echo jego niezdarnych kroków rozbrzmiewało w całym budynku.
Opętana spirala stopni zdawała się nie mieć końca. Dyszał ciężko, częściowo z
przestrachu, częściowo ze zmęczenia. W pewnej chwili uświadomił sobie, że
zamiast przemieszczać sie w dół, biegnie do góry. To dlatego tak się zasapał!
Zmienił kierunek i przyspieszył kroku.
Jedno półpiętro.
Drugie.
Trzecie.
Następne.
Ściana z fioletowym graffiti: „Tutaj byłem”.
Półpiętro z oknem.
Pot zalewał mu oczy, więc zatrzymał się i przetarł
twarz ręką. Zaraz będzie na dole. Zobaczył, że na ścianie po prawej ktoś
narysował symbol węża zjadającego własny ogon. Rysunek był całkiem
interesujący, wykonany bardzo starannie. W innych okolicznościach pewnie by go
sfotografował, ale teraz zmęczenie i chęć wydostania się z wieżowca stłumiły
jego naturę odkrywcy. Odwrócił się od rysunku i ze zdumieniem zauważył, że znów
jest na ostatnim piętrze. Chmury widoczne w dziurze w dachu były teraz jakby
ciemniejsze, przybrały kolor brudnego granatu.
– Powoli,
muszę iść powoli, żeby się znowu nie pomylić. – Stąpał uważnie, krok za
krokiem, a szuraniu jego nóg wtórowały cichutkie piski.
Agnieszka jeszcze raz przetarła oczy, uszczypnęła
się w policzek, a po kilku nieudanych próbach przebudzenia się ze snu, wylała
sobie na głowę butelkę wody. Nic z tego. Cały czas tu był. Obraz, na który
patrzyła, musiał być wynikiem udaru słonecznego lub jakimś mirażem, jednak mimo
jej najszczerszych wysiłków nie chciał zniknąć. Na polanie przed nią zamiast
trzech wieżowców i zdewastowanego podwórka leżało tylko kilka starych
sfatygowanych kawałków betonu.
– Ale
przecież przed chwilą tu były! Sama je widziałam! A Mateusz wszedł to tego po
prawej. – Ktokolwiek miał być odbiorcą
tych okrzyków, nie słuchał jej. Co się stało z Mateuszem? A może to jakiś żart?
Zasnęła na słońcu, przyśniły jej się bloki, a Mateusz w międzyczasie schował
się w krzakach? No jasne, przecież mówiła mu, że te budynki nie wytrzymałyby
takiej próby czasu. Na pewno rozpadły się dwieście lat wcześniej.
– Mateusz!
Wyłaź, musimy już wracać! – krzyknęła w stronę zarośli.
***
Ciche burczenie omniplanu nie było w stanie
zagłuszyć szlochania dziewczyny lecącej w stronę rodzimych stron. Co ona powie
innym? Nawet nie wiedziała, co się stało. Jutro przylecą tu całą grupą i będą
go szukać, ale czy nie będzie za późno? Na polanie zostawiła trochę wody,
prowiant i paralizator laserowy, intuicja mówiła jej jednak, że jutrzejszy
dzień będzie jednym z najgorszych w jej siedemnastoletnim życiu.








(8)
(2)
