Zakurzona tożsamość - Aleksandra Brożek

Zakurzona tożsamość

Aleksandra Brożek


Data dodania: 2011-05-09 19:53:14
192 wyświetleń





Ta publikacja brała udział w konkursie pisarskim!
A A A

Zakurzona tożsamość

– Już niedaleko – wysapał Mateusz.
Mówiłeś tak godzinę temu – Agnieszka od początku była przeciwna ich wyprawie. Las był tak gęsty, że zmuszeni byli zostawić omniplan na pobliskim wzniesieniu. Od tego czasu minęła już godzina, a oni nadal przedzierali się przez zarośla w poszukiwaniu ruin. Mateusz nazywał je zabytkami. Dla niego były to domy pradziadów, a dla niej nic więcej jak tylko sterta kamieni zawieruszonych gdzieś pośród wzgórz.
Wiesz, że to dla mnie bardzo ważne. Ojciec mówił, że w podobnych domach mieszkał jego prapradziadek, jeszcze przed katastrofą.
Jak długo ludzie będą wspominać katastrofę? Minęło prawie czterysta lat.
Mateusz uśmiechnął się z roztargnieniem. To, co dla niej było tylko zamierzchłą historią, od kilku lat stanowiło sens jego życia. Czytał wszystko, co w jakikolwiek sposób wiązało się z dawnymi czasami: beletrystykę, prozę dokumentalną, dzienniki oraz doniesienia historyczne. Jednak to wszystko było niczym w porównaniu z możliwością zmierzenia się oko w oko z historią przodków. Historią tak bolesną, że prawie nikt nie chciał ani o niej mówić, ani tym bardziej zapuszczać się w miejsca zapomniane przez współczesną cywilizację.
Czytałem, że tuż przed katastrofą na Ziemi żyło ponad dziesięć miliardów ludzi.
Aż tyle? Gdzie się mieścili?
Żyli w miastach.
Miastach?
Tak. Początkowo miasta przypominały nasze osady, z upływem czasu jednak zmieniły się w kilkumilionowe skupiska.
To jakaś bzdura. Po co ludzie mieliby mieszkać na betonowych pustyniach, jeżeli na świecie jest tyle pięknych przestrzeni?
Dziadek mówił, że ludzie byli głupi i nie dbali o przyrodę. Dlatego zostali ukarani. W wielu miejscach zabrakło słodkiej wody, a mieszkańcy Ziemi umierali z pragnienia. Najsilniejsi zdołali dotrzeć do nielicznych czystych rzek, gdzie musieli zacząć wszystko od początku. Te kilka milionów, które przetrwało, założyło nowe osady na terenach, których nie dosięgła katastrofa ekologiczna. Dzięki ingerencji rządów kilku państw ludzkość nie cofnęła się w rozwoju, lecz powstała nowa cywilizacja, której założyciele korzystali zarówno z dokonań, jak i błędów przodków. Dziś także mamy do dyspozycji różne środki komunikacji oraz elektryczność, ale nie szkodzimy już środowisku.
Myślę, że nie powinniśmy byli tu przyjeżdżać. Tata mówił, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuszcza się w te okolice. Możliwe, że woda i powietrze nadal są zatrute.
Po tak długim czasie? Nie bądź przesądna, jak inni. Poza tym wzięliśmy zapas wody. Czy wiesz, że czterysta lat temu nie było omniplanów? Samochodem jechalibyśmy przez kilka dni.
Tak, to pocieszające. – Agnieszka przerwała, gdyż nagle znaleźli sie na otwartej przestrzeni. Na porośniętej krzakami i ostem polanie stało kilka szarych, prostokątnych, dość wysokich budynków. Natrętne łodygi bluszczu zdołały pokryć popielate ściany do wysokości czwartego piętra. Owinęły się też wokół pordzewiałych balustrad balkonów.
Mateusz podniósł głowę i w milczeniu przypatrywał się popękanym murom, czarnym oczodołom okien oraz zielonej powłoce pleśni, która nadała dwóm pierwszym piętrom maskujący kolor. Miejsce wydawało się tak nierzeczywiste, że Mateusz na moment zwątpił w to, że budynek stanowił niegdyś dom mieszkalny.
Agnieszka spojrzała na porośniętą krzakami, nienaturalnie wysoką ruderę i poczuła mdłości. Nie mogła uwierzyć, że dała się namówić na ten wyjazd. Mateusz zawsze miał jakieś szalone pomysły, ale teraz zdecydowanie przesadził. W ich mieście nikt nie mówił o przeszłości inaczej niż z pogardą.
Uwagę Mateusza przyciągnęło miejsce pomiędzy dwoma najbliższymi budynkami. Spośród krzewów nieśmiało wyglądały powykrzywiane, metalowe konstrukcje. Mateusz mógł sobie wyobrazić, jak na zardzewiałych, porośniętych mchem huśtawkach i karuzelach siadają dzieci, by ożywić zaklęty w milczenie świat.
Mateusz od dzieciństwa marzył o zdobywaniu nowych, niedostępnych terenów. Zaczytywał się książkami o dawnych podróżnikach i wyobrażał sobie, jak jako jeden z pierwszych zdobywa miejsca nieodwiedzane od setek lat. On, który potrafił wydać ostatnie kieszonkowe na pożółkły tom w antykwariacie i przeczytać go w dwa wieczory, nigdy nie przegapiłby okazji uchylenia rąbka tajemnicy i obejrzenia choć fragmentu świata sprzed katastrofy. Potrzeba poznania była silniejsza niż siła przesądów, która trzymała wielu poszukiwaczy przygód z dala od zatrutych terenów. Nie wierzył, że podkradając ojcu omniplan, robi coś złego. Być może, jeśli dokona jakiegoś godnego uwagi odkrycia, pewnego dnia to o nim będą pisali książki.
Zbliżył się do miejsca, gdzie kiedyś zapewne były drzwi, a teraz znajdował się jedynie czarny otwór, z którego wydobywał się zapach stęchlizny. Agnieszka krzyknęła:
Chyba nie zamierzasz tam wejść? Ten dom ma prawie cztery wieki! Lada chwila się zawali.
Poczekaj tu na mnie, jeżeli się boisz. Tylko się rozejrzę. – Mateusz za nic nie przegapiłby takiej okazji.
A żebyś wiedział! I jak za piętnaście minut cię nie będzie, to lecę z powrotem!

Mateusz obrócił się na pięcie i już po chwili był w środku. Z początku nie widział przed sobą absolutnie niczego. Po paru chwilach przed oczami zaczął mu majaczyć zarys czegoś, co przypominało schody. Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności. Zakurzone stopnie z pordzewiałą barierką nie wydawały się godne zaufania, ale skoro dotarł już tak daleko, dlaczego nie miałby zajrzeć przynajmniej na pierwsze piętro?
Stopień za stopniem wchodził coraz wyżej, słuchając echa własnych kroków rozlegającego się na całej klatce schodowej. Na pierwszym piętrze było widniej. Mdłe światło wpadało przez pozbawione szyb okna. Wyjrzał przez jedno z nich. Okno wychodziło na północną stronę dawnego osiedla. Możliwe, że kiedyś był tu parking, ale teraz teren zarósł zielskiem, a betonową nawierzchnię zniszczyły korzenie drzew. Las powoli i systematycznie zbliżał się do budynku. Mateusz odwrócił się i zauważył, że na drugim końcu korytarza znajdują się otwarte drzwi. Zapewne ludzie wynosili się stąd w panice. Chyba nikt nie został? Na myśl o znalezieniu kilkusetletniego szkieletu w którymś z mieszkań poczuł łaskotanie w żołądku i omal nie skusił się na szybkie opuszczenie budynku.
Nie!”, pomyślał. „Mam po prostu uciec i przegapić taką szansę? Raczej nieprędko będę mógł znów zwędzić ojcu omniplan”.
Ruszył przed siebie, ściskając w ręku aparat fotograficzny. Za uchylonymi drzwiami znajdował się przedpokój. Brązowe tapety we wzory odchodziły od ścian, w powietrzu unosił się zapach zbutwiałego papieru. Zahaczył butem o rozrzucone na podłodze śmieci. Jakieś szmaty, naczynia, dziecięce zabawki. Mateusz zebrał się na odwagę i ruszył przed siebie, prosto do drugiego pomieszczenia, które zapewne służyło kiedyś jako gabinet. W głębi stało duże dębowe, nadgryzione nieco przez ząb czasu biurko. Mateusz podszedł bliżej i zauważył leżący na blacie notatnik. „Ciekawe, czy to zwykły notes czy też może pamiętnik?” Z wahaniem wyciągnął rękę i chwycił stary pożółkły brulion. W powietrzu uniósł się kurz. Przez chwilę obawiał się, że zeszyt rozpadnie mu się w rękach. „Może powinienem zawieźć to do naszej doliny i umieścić w muzeum?” Ciekawość okazała się jednak silniejsza od strachu czy poczucia obowiązku. Mateusz otworzył notes pośrodku, na pierwszej lepszej stronie i z ulgą stwierdził, że tusz wyblakł tylko trochę, a kartki są całe. Na pierwszej stronie było kilka luźnych notatek.
Mateusz wyobraził sobie niemłodego już zapewne człowieka, który siedział przy dębowym biurku przed laty i pisał te słowa spoglądając na pędzące tuż za oknem samochody oraz na szereg wysokich budynków przesłaniających mu niebo.
Miał ochotę przeczytać choć fragment, ale przypomniał sobie, że na dole czeka Agnieszka. Zdążył ją poznać na tyle dobrze, by wiedzieć, że może faktycznie odlecieć sama i skazać go na samotne błądzenie po opuszczonym terenie, na którym nie wiadomo, czy jest woda pitna.
Wcisnął notes do plecaka, zrobił kilka zdjęć i wyszedł na korytarz. Tak, teraz wejdzie na drugie piętro (schody wydawały sie dość stabilne, w końcu to żelazobeton), rozejrzy się, być może pomacha Agnieszce przez któreś z okien, pstryknie kilka fotek i zejdzie na dół.
Wyszedł z mieszkania i podążył korytarzem w stronę schodów. Spojrzał na stopnie prowadzące w dół, a potem, po chwili wahania, wbiegł na schody prowadzące na wyższe piętra. Drugie, trzecie, czwarte... Zakręciło mu się w głowie. Od zapachu stęchlizny ponownie poczuł mdłości, ale nie dawał za wygraną. Jeśli nie teraz, to kiedy? Usłyszał cichy pisk. Szczur? Nie, to niemożliwe. Z pewnością nie ma tu już żadnych resztek, a zwierzęta, o ile w ogóle jakieś tu są, żyją w lesie. O tym, że wbiegł na dziesiąte, ostatnie piętro, poinformowała go dziura w dachu, przez którą widać było bure chmury. Wzrok Mateusza przesunął się po obdrapanych, popisanych sprayem ścianach i spoczął na dużych metalowych drzwiach z napisem „Uwaga. Sprawdź, czy kabina znajduje się za drzwiami”.
Sprawdzę! – mruknął do siebie. Był w swoim żywiole. Kiedy coś wzbudziło jego ciekawość, nie sposób było go zatrzymać.
Zrobił kilka kroków do przodu i wyciągnął rękę w kierunku szarego metalowego uchwytu. Kiedy dotknął śliskiej zimnej klamki, przeszył go dreszcz. Zacisnął zęby i całą siłą woli pociągnął drzwi do siebie.
Usłyszał głośne skrzypnięcie, a na twarzy poczuł powiew zatęchłego powietrza.
Nie, nie ma kabiny – wyszeptał, wpatrując się w czarną pustkę. Powinien zamknąć drzwi, lecz jakaś siła pchała go do przodu. Jak zahipnotyzowany zbliżył się do miejsca, gdzie kończyła się podłoga i spojrzał w dół. Zakręciło mu się w głowie, a przed oczami latały małe, szare kółeczka. Zapewne otwierając drzwi spowodował przeciąg, gdyż nagle podmuch ciepłego wiatru o trupim odorze odrzucił go do tyłu. Z trudem odzyskał równowagę. Miał wrażenie, że po prawej stronie korytarza widzi małe jasne ślepia czające się półmroku. Tym razem nawet wrodzone zamiłowanie do odkrywania wszystkiego, co tajemnicze i zakazane nie było na tyle silne, by zapuścić się w ciemność i sprawdzić, czy to szczur, czy jednak coś jeszcze mniej przyjemnego. Potykając się ze strachu, zaczął zbiegać po schodach w dół. Echo jego niezdarnych kroków rozbrzmiewało w całym budynku. Opętana spirala stopni zdawała się nie mieć końca. Dyszał ciężko, częściowo z przestrachu, częściowo ze zmęczenia. W pewnej chwili uświadomił sobie, że zamiast przemieszczać sie w dół, biegnie do góry. To dlatego tak się zasapał! Zmienił kierunek i przyspieszył kroku.
Jedno półpiętro.
Drugie.
Trzecie.
Następne.
Ściana z fioletowym graffiti: „Tutaj byłem”.
Półpiętro z oknem.
Pot zalewał mu oczy, więc zatrzymał się i przetarł twarz ręką. Zaraz będzie na dole. Zobaczył, że na ścianie po prawej ktoś narysował symbol węża zjadającego własny ogon. Rysunek był całkiem interesujący, wykonany bardzo starannie. W innych okolicznościach pewnie by go sfotografował, ale teraz zmęczenie i chęć wydostania się z wieżowca stłumiły jego naturę odkrywcy. Odwrócił się od rysunku i ze zdumieniem zauważył, że znów jest na ostatnim piętrze. Chmury widoczne w dziurze w dachu były teraz jakby ciemniejsze, przybrały kolor brudnego granatu.
Powoli, muszę iść powoli, żeby się znowu nie pomylić. – Stąpał uważnie, krok za krokiem, a szuraniu jego nóg wtórowały cichutkie piski.


Agnieszka jeszcze raz przetarła oczy, uszczypnęła się w policzek, a po kilku nieudanych próbach przebudzenia się ze snu, wylała sobie na głowę butelkę wody. Nic z tego. Cały czas tu był. Obraz, na który patrzyła, musiał być wynikiem udaru słonecznego lub jakimś mirażem, jednak mimo jej najszczerszych wysiłków nie chciał zniknąć. Na polanie przed nią zamiast trzech wieżowców i zdewastowanego podwórka leżało tylko kilka starych sfatygowanych kawałków betonu.
Ale przecież przed chwilą tu były! Sama je widziałam! A Mateusz wszedł to tego po prawej. – Ktokolwiek miał być odbiorcą tych okrzyków, nie słuchał jej. Co się stało z Mateuszem? A może to jakiś żart? Zasnęła na słońcu, przyśniły jej się bloki, a Mateusz w międzyczasie schował się w krzakach? No jasne, przecież mówiła mu, że te budynki nie wytrzymałyby takiej próby czasu. Na pewno rozpadły się dwieście lat wcześniej.
Mateusz! Wyłaź, musimy już wracać! – krzyknęła w stronę zarośli.
***
Ciche burczenie omniplanu nie było w stanie zagłuszyć szlochania dziewczyny lecącej w stronę rodzimych stron. Co ona powie innym? Nawet nie wiedziała, co się stało. Jutro przylecą tu całą grupą i będą go szukać, ale czy nie będzie za późno? Na polanie zostawiła trochę wody, prowiant i paralizator laserowy, intuicja mówiła jej jednak, że jutrzejszy dzień będzie jednym z najgorszych w jej siedemnastoletnim życiu.


Zaloguj się aby dodać komentarz

Autor: Riuk Dodano: 2011-06-04 22:01:12
super :D