Chciałabym poruszyć temat, który już od dawna mnie bulwersuje. Chodzi o plakaty antyaborcyjne, które są porozwieszane w wielu miejscach w Polsce, głównie na kościołach. W zeszłym roku taki plakat, monstrualnych rozmiarów, zawisł w moim rodzinnym Poznaniu, na jednej z głównych ulic miasta. Na plakacie, obok zdjęcia płodów umieszczono cytat: "Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości - Jan Paweł II". Był też plakat z wizerunkiem Hitlera, do którego przyrównano zwolenników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej.
Co mnie najbardziej oburza, to umieszczanie takich zdjęć w miejscu, gdzie przebywają dzieci. To jest niedopuszczalne. Miejsce tych fotografii jest na jakiejś wystawie zamkniętej, którą oglądać mogą jedynie osoby dorosłe.
Po raz kolejny okazuje się, że zaciętość działaczy pro-life w obronie zygot i płodów czyni ich ślepymi i głuchymi na dobro dzieci, które już się urodziły. Potwierdza się moja wcześniejsza teza, że po porodzie, los dzieci niewiele ich obchodzi.
Nie pokazuje się dzieciom zdjęć płodów z tego samego powodu, z którego nie pokazuje się im wiele innych rzeczy, nawet, jeżeli są prawdziwe. Bo na zarzut barbarzyństwa i krzywdzenia dzieci działacze antyaborcyjni wytaczają ciężkie, w ich mniemaniu, działo pod nazwą: „prawda”. Tyle, że może się ono okazać bronią obosieczną. Któryś z internautów zaproponował zawieszenie na murach jakiegoś kościoła plakatu ze skulonym chłopcem i z napisem „Jestem ofiarą księdza pedofila”. Niestosowna propozycja? Jak najbardziej, ale chyba nie dla tych, którzy, jak twierdzą, ponad wszystko miłują prawdę. Inna osoba zaproponowała, by wzdłuż trasy pielgrzymek wywiesić wystawę zatytułowaną „Zbrodnie Świętej Inkwizycji”. Padały i inne, bardzo kreatywne, sugestie.
Jest jeszcze jedna kwestia. Przecież te plakaty to ewidentne łamanie prawa. Chodzi mi o prawa dzieci. Czy dumni z siebie pro-lifowcy pomyśleli, chociaż przez chwilę, jaki wpływ na psychikę małego dziecka może mieć epatowanie takimi zdjęciami?
Osobną sprawa jest skuteczność tej prymitywnej metody w sprawie walki o zmniejszenie ilości aborcji. Po raz kolejny nie chodzi o realny skutek, ale o powywijanie szabelką i poubijanie piany. Im głośniej, im drastyczniej, tym lepiej.
W moim otoczeniu nie spotkałam osoby, bez względu na światopogląd, która byłaby zwolennikiem takiej metody walki z aborcją. I nie wyobrażam sobie rodzica, który pozwoliłby swojemu małemu dziecku oglądać takie zdjęcia. Tak samo zresztą, jak zdjęć, na przykład, człowieka rozpłatanego od szyi po pachwiny przed operacją wszczepienia bypassów.
Zastanawiam się, jak długo jeszcze polscy katolicy będą się biernie przyglądać i narzekać po cichu, tak, by, broń Boże, proboszcz nie usłyszał?
Przed nimi stoi dosyć trudne wyzwanie. Przed dwudziestu laty wielu dało się omamić wizją automatycznej „lepszości”, jaką roztaczał przed nimi Kościół. Niebagatelną rolę odegrał też kult Jana Pawła II. Dzisiaj już wiedzą, że lepszości nie ma i nie będzie. Ale niektórzy ponownie idą na łatwiznę. I odwracają się od swojego Kościoła (jako instytucji), zamiast starać się go zmienić.
Teraz coraz głośniej mówi się o potrzebie przyjrzenia się relacjom Państwo – Kościół. Osobiście uważam, że należy ustanowić, zgodne z zasadami demokracji, reguły dotyczące Państwa i związków wyznaniowych oraz kościołów, bez wyróżniania jakiegokolwiek. Tak nakazuje Konstytucja. Światopogląd powinien być sprawą prywatną każdego obywatela. Zaprzestanie finansowania z budżetu, rozwiązanie lub zmiana zapisów Umowy Konkordatowej, wprowadzenie podatku wyznaniowego, to tylko kwestia czasu. Kościół Katolicki, jako instytucja religijna, nie obędzie się bez wyznawców. I tylko oni mogą zmienić jego drapieżne i zachłanne oblicze.
Często słyszę od tak zwanych wierzących niepraktykujących „Wierzę w Boga nie w Kościół”. Ortodoksyjność katolicyzmu nie uchowa się bez Kościoła. Jeżeli wierni zaczną od niego odchodzić, to ich religia rozmyje się na setki pseudoreligijnych zrzeszeń czy zwykłych sekt.
Sądzę, że polskie społeczeństwo dojrzało do zaakceptowania światopoglądowego pluralizmu. Jak już wspominałam, „gorące” spory i podziały są nam najczęściej wmawiane przez polityków i hierarchów. A większość z nas nie chce kłótni i zaczynamy rozumieć, że różnorodność nie musi oznaczać antagonizmów.
I oby tak dalej.
Alicja Minicka
http://mysli-o-ludziach.blog.onet.pl









(1)
(0)
