Noc 3
Wstałem z fotela i przetarłem niewyspane oczy. Wolałem być już niewyspany, żeby nie tracić czasu. Wszedłem na parter i moja przyjaciółka leżała na kozetce na środku sali. Krasnolud mieszał przy aparaturze alchemicznej specyficznie pachnące mikstury, które z reakcją z każdym innym składnikiem na moment bulgotały i zmieniały kolor.
- Witaj medyku, co z nią? - spytałem na powitanie.
- Coraz lepiej, krew już się nie broczy z jej ust, musiałem w nią wlać kilka mikstur, teraz przygotowuję ostatnią i będzie już dobrą wampirzycą.
- Pierwszy raz widzę alchemiczne tworzenie wampira.
- Ty ją zmieniłeś w wampira, ja tylko leczę od ewentualnych błędów.
- Dlaczego nie zmieniła się od razu w wampirzyce?
- Wybadałem, że ma w sobie truciznę, już ją usunąłem.
- Tak poza tematem, to pierwszy raz widzę krasnoluda alchemika, który dodatkowo pracuje przy tworzeniu wampira.
- Znam alchemię dzięki magom i alchemikom z klasztoru w Górach Czarnych. Dawno temu ojciec wyrzucił mnie z domu, za to, że nie chciałem być kowalem.
- No to widzę, że dobrze trafiłem.
- Jutro będziesz już mógł ją odebrać.
- Pozostaje problem z zapłatą.
- Jakoś to obgadamy.
- Dzięki, bywaj.
Usiadłem na schodach wieży krasnoluda i zacząłem rozmyślać. Czy rodzice Alverty są aż tacy chciwi, pazerni i ohydni, że zatruli własną córke, za to, że nie posłuchała ich rozkazu? Być może, sama mi to powie. Nigdy nie lubiłem ich rodziców. Jej ojciec wielokrotnie wysyłał na mnie najemników, kiedy dowiedział się, że jego jedyna córka widuje się z wampirem po nocach. Teraz, kiedy stawała się wampirzycą, pewnie goniłby mnie do końca świata, żeby zaszlachtować chodźby sierpem albo tasakiem. Myślę, że nie dowie się o tym, przypuszcza pewnie, iż ona już nie żyje, ludziom powie, że uciekła sama. Drań..Urwałbym mu łeb za to jak traktuje Alvertę. Czas pokaże, co z moją przyjaciółką. Postanowiłem iść na spacer. Dodatkowo nie piłem krwi od dość dawna, więc postanowiłem nadrobić zaległości w tej sprawie. Było mi obojętne jaka krew, zwierzęca czy ludzka, musiałem się napić. Zdecydowałem się na zwierzę, gdyż żaden człowiek nie zalazł mi za skórę, żebym go zabijał i pozbawił krwi. No, może prócz rodziców Alverty. Skierowałem kroki do lasu. Usłyszałem krzyk, kobiecy krzyk. Pobiegłem w kierunku, który wskazywał mi słuch i zobaczyłem jak chłop, mający w jednej ręce kiepski miecz a w drugiej pochodnie, goni bladą, czarnowłosą kobietę. Taa, to wampirzyca. Miałem absolutną pewność. A ten chłop był jednym z tych którego widziałem na rozdrożach. Pobiegłem za nim, naskoczyłem na niego i skręciłem mu kark, wbijając jego własny miecz w jego ciało. Podszedłem do wampirzycy.
- Witaj, siostro krwi. - powitałem ją
- Co, proszę? Też jesteś wampirem?
- Dokładnie, niedawno się odrodziłem.
- Jak się nazywasz?
- Vyveh, ale nie jestem elfem.
- Widzę, słyszałam o tobie. To pewnie ty zabiłeś wójta temu plebsowi ze wsi. Od tej pory ganiają za każdym ludojadem, wampir czy archapanzjel, chłop czy baba.
- Wiem, dlatego się ukrywam, a ty jak się nazywasz? - powiedziawszy to podszedłem do chłopa i zacząłem pić krew, dalej słuchając wampirzycy.
- Merenwen, na imię mi Merenwen.
Oderwałem się od szyi i spytałem:
- Co ty tu robisz?
- Żyję, w starej willi w lesie. Ale ktoś w niej bywał ostatnio.
- Ehm..To ja, wybacz, sytuacja awaryjna.
- Nie szkodzi, a ty co robisz?
- Chciałem zaspokoić pragnienie, poza tym mówiłem, że tu się odrodziłem. Obecnie czekam aż alchemik-medyk ukończy leczyć niedoszłą wampirzycę.
- Ugryzłeś ją?
- Tak, ale ona sama chciała.
- Nieodpowiedzialne, ale cóż, jej wybór.
- Właśnie.
Słońce już powolutku wznosiło się na horyzoncie.
- Jeszcze się spotkamy. - powiedziała i już jej nie było.
Ja także pośpieszyłem się do krasnoluda, w ostatnim momencie, promyki słońca już mnie goniły. Zszedłem do piwnicy, spocząłem na fotelu i pogrążyłem się w śnie.
Noc 4
Przebudziłem się i natychmiast pobiegłem do sali krasnoluda, kierowany ciekawością stanu mojej przyjaciółki.
- Dobrze, że jesteś. - powiedział na powitanie.
- Co jest, co z nią?
- Mam tylko jedno pytanie, zaaplikuję ostatnią miksturę i będzie dobrą wampirzycą.
- To o co chodzi?
- Jak się przemieniła?
- W fioletowej aurze uniosła się i oczy się zaczerwieniły. Upadła i krew zaczęła jej leciec z ust.
- Ciekawe. Tak czy siak, to trucizna spowodowała te komplikacje w naczyniach krwonośnych. Krew dostała się aż tam, ale już jest w porządku.
- Jeszcze coś w nią wlejesz?
- Tak, po twoim opisie sądze, że muszę wlać miksturę z wulkanicznej gernery.
- No to dalej.
Medyk otworzył flakonik z miksturą która lekko syczała. Następnie wlał w nią i czekaliśmy na reakcję. Alvertą szarpnęła nienaturalna siła i uspokoiło się. Skóra zmieniła się z szarej na prawie, że mlecznobiałą. Wstała.
- Gdzie ja jestem? Co tu robisz, Vyvehu?
- Chciałaś żebym cię przemienił w wampira, ale powstały pewne problemy.
- Jakie?
- Umierałaś, ale on cię uleczył. Rodzice cię otruli. Tak przypuszczam.
- Szlag by to..
- Ile jestem ci winien, krasnoludzie? Wybacz, nie zapytałem cię nawet o imię.
- Isegrim, jestem Isegrim. Nie musicie płacić nic, bo to było moje pierwsze tego typu leczenie wampira, i czułem się zaszczycony. Od czasu do czasu lubię sprawdzić co potrafię. - zażartował Isegrim.
- Bardzo śmieszne.
- Po prostu jak będziecie w okolicy, zrobicie coś dla mnie jeśli będę czegoś potrzebował. Jak z wieśniakami, niewielu z nich ma tyle pieniędzy na moją stawkę.
- Zgadzam się. - powiedziałem, a Alverta pokiwała twierdząco głową.
Alchemik nagle podszedł do okna i najwyraźniej zobaczył coś dziwnego, ponieważ zaniepokojony podszedł i powiedział:
- Wieśniacy dowiedzieli się, że tu jesteście. Wciąż szukają tego co zabił im wójta.
- Czy oni nie przesadzają? - powiedziała z kpiną moja towarzyszka.
- Być może, ale ten wójt zrobił dla nich wiele dobrych rzeczy.
- To znaczy? - zaciekawiłem się.
- Otworzył im zamtuz, wypuścił straże na patrole, rozwiązał kilka spraw z zaginięciami i takie tam.
- Jak mamy stąd uciec?
Medyk chrząknął głośno, a ze schodów zszedł chudy, niski lecz dorosły już mężczyzna. Oczy miał przekrwione, ale mimo to był zupełnie przytomny. Ciemnoczerwony chaperon dobrze się komponował ze szkarłatną bluzką. Nie potrafiłem zidentyfikować jego rasy, gdyż jego nakrycie głowy zasłaniało uszy. Ciemne spodnie miały oberwaną jedną nogawkę. W całej nogawce, była normalna noga z butem, zaś w oberwanej widać było widać nogę z drewna. Była do połowy łydki, reszta nogi zdawała się być stabilna. Mężczyzna kulał, nosił ze sobą laskę. Zobaczywszy nas, ukłonił się przesadnie na tyle, ile pozwalała mu drewniana noga.
- Jam jest Girion. Przewodnik i wojownik. - przedstawił się chudzielec.
- Wojownik? Śmiem wątpić. - rzuciła Alverta.
Girion mocno skutnął kosturem o podłogę a kostur rozpadł się odsłaniając rapier, którego rękojeść złapał w powietrzu domniemany wojownik. Następnie wykonał parę ruchów palcami i kawałki drewna znów otoczyły rapier, tworząc kostur.
- Kiedyś byłem łowcą, zabijałem potwory i zwierzęta. Skończyłem z tym, lecz dalej umiem posługiwać się bronią, prawda, Isegrimie? - spytał Girion, na co Alchemik pokiwał głową.
- Opowiedz mi coś więcej o tym. - poprosiłem go.
- Nie ma na to czasu, musicie uciekać, wyprowadzę was stąd, za mną! - rzekł Girion i ruszył szybko, jak na kuternogę, do piwnicy. Przekręcił zgaszoną pochodnie i utworzyło się przejście do niewielkiej jaskini z częścią morza i pomostem. Zwodowaliśmy go, i usiedliśmy na pokładzie. Odpłynęliśmy, a wieśniacy dopiero nas zauważyli, kiedy byliśmy jakieś 200 metrów od pomostu. Zastanawiałem się, co z Isegrimem. Zapewne mieszka tu od dawna, więc wie jak uspokoić wieśniaków. Ale przypuszczam, że teraz sprawa jest poważniejsza. Chodziło o morderstwo.
- Jaki macie cel? - spytał nagle Girion.
- Na razie uciekamy przed chłopską sprawiedliwością. Zabiłem ich wójta 10 lat temu, a ona ich ulubionego szlachcica. Jej rodzice chceli ją otruć, za to, że go zabiła. - odpowiedziałem mu.
- Dodatkowo ta hołota jest posłuszna moim rodzicom jak owce. Jak psy. Pewnie powiadomili już tutejszą straż. - dodała Alverta.
- Jak myślisz, wysłali za nami list gończy? Znają nasze tożsamości. - spytałem przyjaciółkę.
- Może, może..Przypuszczam, że tak. Dlatego uciekamy.
- Dokąd płyniemy? - zapytałem kuternogę.
- Zobaczyczycie, do miejsca, gdzie możecie się schować.
- Długo jeszcze będziemy płynąć?
- Około godziny, a co?
- Nie wiem kiedy zacznie się świt.
- Ano tak, zapomniałem. Nie bójcie się, do świtu jeszcze półtora godziny. Zdążymy.
- Mam nadzieję.
W końcu dopłyneliśmy. Girion zszedł z katamaranu i zacumował go. Zeszliśmy razem z nim. To była pustynia, bardzo sucha na środkowych terenach, lecz otaczało ją morze. Kuternoga poszedł wgłąb pustyni, my udaliśmy się za nim. Po kilkuset metrach zobaczyliśmy obóz. Namioty i jaskinia. Raczej grobowiec. W obozie byli krasnoludy i ludzie. Wszyscy najemnicy. Każdy uzbrojony. Girion wskazał nam kryptę w ścianie, więc weszliśmy do niej. Kiedy układałem się w trumnie, słyszałem jak ktoś powiedział słowa: "Już świta". Zamknąłem oczy. Nadszedł upragniony sen.
Noc 5
Obudziłem się przed Alvertą. Kiedy wyszedłem na zewnątrz i spojrzałem w niebo, zauważyłem, że jest ono zachmurzone. Gwiazd i księżyca widać nie było za często, jedynie momentami, gdy chmury spokojnie sunęły po niebie. Podszedł do mnie krasnolud z kuszą na plecach. Wydawało mi się, że nie grzeszył inteligencją.
- Tyś ten wampir, który wczorajszej nocy przybył? - spytał.
- To ja, o co chodzi? - odpowiedziałem mu.
- Chciałem ino krwopijcę zobaczyć, nie wolno?
- A co we mnie ciekawego?
- Ehh..Tutaj nie ma nikogo ciekawego, ludzie, no i my krasnoludy. Razem jest nas 21, bo z dowódcą.
- Czym się zajmujecie? Kim jest dowódca?
- To ten krasnolud w namiocie przy klifie. A my to łowcy nagród. Polujemy na skarby, złoto i inne takie. Łupimy groby. Często zdarza się zabić jakieś większe bydle, które najłatwiej zabije się w grupie. Czasem też mistrz wysyła nas w kilka miejsc i przynosimy złoto.
- Na co teraz polujecie?
- Na stado darkonów w wąwozie na południu, ich jest więcej niż nas, dowódca nawet archapanzjela wynajął, ponoć piekielnie drogi.
- Tacy już są ci archapanzjele.
- Tiaa, łasi na złoto jak pies na kiełbasę. Sześć i pół tysiąca chciał.
- Oł, widzę, że dużo, faktycznie.
- Mhm, tam jest. - wskazał palcem na postać przy studni i poszedł w swoją stronę.
Podszedłem do archapanzjela. Pił właśnie wodę z glinianego kubka, opierając się o brzeg studni. Odłożywszy kubek, obserwował ludzi krążących po obozie.
- Kusi, co? - zacząłem od ironii.
- Hm? - Oderwał wzrok i uraczył mnie swoim zimnym spojrzeniem. - Co masz na myśli?
- No popatrz ile ludzi, ile masz jedzenia.
- Bardzo zabawny jesteś, nie kpij, w końcu ty też pijesz krew ludziom.
- To nie porównanie, wasza rasa jest ludożerska. Mimo iż jesteście dobrymi magami, genetykami i wojownikami, to jesteście chciwi, patetyczni i wasza główna wada: ludożerscy. My mamy czerwone oczy, wy fioletowe.
- Eh...Następny zaczyna...- westchnął i wyciągnął z torby przewieszonej przez ramię narkotyk. Zapalił go i dokończył:
- Przynudzasz, jak inni.
- Być może.
- Powstrzymaj się od drwin, mimo iż twojego sceptycznego podejścia do nas wiele nas łączy, nie mówię tu o anatomii ani zwyczajowym pokarmem. Powinniście być nam wdzięczni.
- My? Archapanzjelom? Z jakiego to powodu?
- W 723 roku, nie pamiętasz? Nocna bitwa pod Sheą. Gdyby nie nasze oddziały, klęska by was dosięgła.
- Blah, gadanie.
- Tak poza tym, jestem Hedwig, muszę iść. - powiedział archapanzjel i rzucił wypalony narkotyk na piach.
W tej chwili szła do mnie Alverta.
- Dogadałeś się z mutantem? - powiedziała mi.
- Nie bardzo, zarozumiały, jak jego pobratymcy.
- Ta.. Gdzie nasz kuternoga?
- Nie wiem, nie szukałem go, znając życie sam się zjawi jak będzie potrzebny.
- Tak, jak z ucieczką.
- Nie mów "hop", dalej nas ścigają, to kiedy nas znajdą to kwestia czasu.
- Wiem wiem...
Nagle na sam środek obozu przybiegł jak strzała jeden z ludzkich najemników i krzyknął:
- Darkeny! Ludzie, darkeny! Są już w kraterze!
W obozie zapanował chaos, najemnicy pakowali bronie w pochwy, ładowali kusze i kołczany. Ignorując popłoch, poszedłem z Alvertą do krateru. Zobaczyliśmy spore stado białych, dużych barghestów. Ich białe futra i złote oczy, pięknie mieniły się w księżycowym świetle. Szkoda było ich zabijać. Przywódca stada był większy od innych. Siedział dumnie, z podniesionym pyskiem i wzrokiem takim, jakby wiedział, że wkrótce umrze. Powoli do nich podeszliśmy, na bezpieczną odległość. Alverta wyciągnęła rękę i powoli skradała się do przywódczego samca.
- Alverta, nie, on cię zabije! - starałem się szeptać.
Alverta zaś jedynie pokręciła głową i podeszła do samca. Pogłaskała go, a kiedy on się położył, usiadła na nim.
- Zwariowałaś?! - syknąłem i podszedłem do nich.
- Nie pozwolę skrzywdzić tych niewinnych stworzeń. Niech Mastex ma mnie w swojej uwadze podczas walki.
- Chcesz walczyć z całą bandą najemników?! To chore!
- Co tu się dzieje? - za nami nagle pojawił się Girion, jak zwykle - z kosturem.
- Ona chce walczyć przeciwko całej bandzie...Girion, zrób coś! - wyjaśniłem mu.
Ten westchął i podszedł do Alverty, która siedziała na darkonie. Zniszczył kostur i podał rapier Alvercie, a ta pewnie chwyciła go w garść. Kuternoga zaś zza płaszcza wyciągnął kord. Złapałem się za głowę i krzyknąłem w myślach: " Dlaczego ?!". Girion cicho westchnął i rzucił kordem w moją stronę, a ja schwytałem go. "A co mi tam..." pomyślałem a chudzielec wyczarował dookoła swoich dłoni małe błyskawice gotowe do rzucenia.
|
Wampirzy dziennik: Kolejne noceData dodania: 2011-11-08 18:01:07 |
58 wyświetleń |
||||||
| A A A | ||||||||
|
|
||||||||
Komentarze (2)
Zaloguj się aby dodać komentarz









(1)
(0)

"Wszedłem na parter i moja przyjaciółka leżała na kozetce na środku sali." - te dwa zdania powinny być oddzielone kropką, przecinkiem, czymkolwiek, ale na pewno nie "i".
"Ty ją zmieniłeś w wampira, ja tylko leczę od ewentualnych błędów." - nie leczy się od grypy, leczy się z grypy. Nie leczy się z błędów, można przed błędami uchronić.
"ciekawością stanu mojej przyjaciółki." - bardziej "ciekawością o stanie".
"w nią wlejesz" - masz na myśli przez otwór gębowy, prawda? Powiedz, że tak xD.
"ale powstały pewne problemy" - bardziej "zaistniały pewne problemy".
"dpłynęliśmy, a wieśniacy dopiero nas zauważyli, kiedy byliśmy jakieś 200 metrów od pomostu. " - zauważyli nas dopiero.
"Może, może..Prz" - you do it wrong xd.
"Ehh..Tutaj" - xd.
"Razem jest nas 21" - Liczby pisz słownie. Serio.
"bandzie...Girion" - prawie dobrze.
"" Dlaczego ?!"" - po cudzysłowiach nie robimy spacji.
Robisz niewiarygodne postępy. Już nawet da się to czytać bez zgrzytania zębami ^^.
- "które z reakcją z każdym innym składnikiem" - powinno być "w reakcji".
- "Polujemy na skarby, złoto i inne takie" - polować można na smoki, ale skarbów się poszukuje albo łupi.
- nagminnie ucinasz ogonki (zamiast "ę" piszesz "e", albo "c" zamiast "ć").
Poza tym faktycznie, nie ma już zdań, które są ekstremalnie niezrozumiałe lub chaotyczne.
Widzisz, kilka tekstów i poziom skoczył o jeden level :)