Starzy ludzie na cmentarzu - Tomasz Bilski

Starzy ludzie na cmentarzu

Tomasz Bilski


Data dodania: 2010-09-21 15:02:35
104 wyświetleń





A A A


- Na pewno nie? – Spytał i spojrzał na nią badawczo. - Chyba coś pokręciłem. – Powiedział po chwili.

Drzewa zaszumiały targane wiatrem, liście przebiegły po nagrobkach. Jego ręce drżały, opierając się pomarszczone jedna na drugiej na rękojeści laski. Spojrzał w jej głęboko osadzone, czarne oczy, jeszcze raz prześledził jej twarz, która mimo upływu czasu nadal miała ostre, mocno ciosane rysy.

- To chyba przez te włosy. – Jego głos był chropowaty, ale przyjemny. – To na pewno nie ty?

Uśmiechnęła się, zrobiła dwa małe kroki w stronę ławeczki i usiadła.

- To ja – powiedziała i zaśmiała się świszcząco jak wiatr.

Usiadł obok niej, zastygli tak patrząc, jak jesień tańczy wokół czyjegoś grobu. Klucz czarnych ptaków przeleciał pomiędzy złocisto-czerwonymi koronami drzew, a dumnymi brzuchami szarych cumulusów.

- Ona też miała takie włosy. – Powiedział w końcu. – Takie jak pani. Długie i mocne. Ale to było dawno. Bardzo dawno temu, kiedy jeszcze oboje byliśmy młodzi.

Wciąż patrzyli przed siebie smakując wiatr, który smagał ich czasem, a czasem głaskał przyjemnie.

- Wie pani jak to bywa. Spotka się kogoś podobnego, kto ma w sobie jakiś szczegół, jak ta inna osoba i już jest się pewnym, że to ta osoba. – Spojrzał na nią. – Na pewno nie ma pani na imię Marta?

- Przykro mi, ale nie.

Pokiwał głową i znów zapatrzył się przed siebie. Nabrał dużo powietrza w płuca, czekał, aż orzeźwiający chłód wypełni je całe.

- Znałem taką dziewczynę, dawno temu. Jeszcze jak oboje byliśmy młodzi. Spotykaliśmy się czasem, dziś ktoś powiedziałby, że ze sobą chodziliśmy – zaśmiał się. – Wielu rzeczy już nie pamiętam, zawsze zresztą miałem słabą pamięć, ale to pamiętam doskonale. Wie pani, czasem spotyka się kogoś, kogo nosi się później w sercu całe życie. Nawet, jeśli się go nie widzi latami. Taki ktoś potrafi zostawić ślad. – Spojrzał na nią badawczo. – Znała pani kogoś takiego?

- Tak, też kogoś takiego znałam. Też dawno temu, ale teraz już nie znam. – Spojrzała mu w oczy. – Czasami trzeba pamiętać, a czasami trzeba umieć zapomnieć.

Zaśmiał się zamyślony podnosząc przy tym ramiona to w górę, to w dół.

- Ja właśnie nie umiałem zapomnieć. Błędy życia to zazwyczaj błędy młodości. Wiele utraciłem przez to, że nie umiałem zapomnieć.

- To musiała być wyjątkowa kobieta.

Chmury przybrały ciemniejszy odcień, w miejscu, w którym schowało się słońce, błyszczały jak diamenty.

- Była. Ech, była i to jak. A jaki miała charakter! Była twarda jak skała, jeśli raz coś powiedziała, to już tak musiało być. Nie dała sobie w kaszę dmuchać. Wie pani, nie jest łatwo zbliżyć się do kogoś takiego, a mi się udało. Ech, ta młodzieńcza miłość, później człowiek już nie potrafi tak kochać. Kochałem ją na zabój, wszystko bym dla niej zrobił. Później myślałem, że to właśnie dlatego nic nie wyszło. – Stuknął parę razy laską w ziemię. – Tak to już zawsze było z tymi kobietami. Nie wolno ich słuchać! Nie wolno ich słuchać, bo one tego właśnie chcą, żeby się ich nie słuchać!

Wziął głęboki wdech, żeby się opanować.

- Ale to było dawno temu… - Zamyślił się. – Teraz jest inaczej. Nie myślę już, co by było, gdyby wszystko ułożyło się inaczej. Wie pani, inaczej być nie mogło, jakby się głębiej zastanowić, to wszystko ma swoje wytłumaczenie. Może nie zawsze je pojmujemy, ale ono jest. A skoro jest, to nie mogło być inaczej.

- Zawsze może być inaczej. – Powiedziała spokojnie. – Też kiedyś taka byłam. Twarda jak skała, nikogo do siebie nie dopuszczałam. Jak coś powiedziałam, to musiało tak być i tyle. I też nie lubiłam, jak się mężczyzna zbyt słuchał.

- Tak jest. Tak właśnie jest.

Patrzył na nią dłuższą chwilę mrużąc oczy, trochę, żeby lepiej widzieć, a trochę przez wiatr wdzierający się siłą do ust i oczodołów

- Na pewno nie ma pani na imię Marta?

- Mówiłam już. Niestety nie.

- Zawsze byłem gapa – powiedział ni stąd, ni zowąd. – Całe życie. Zawsze coś zapominałem, zawsze coś gubiłem. Rodzice mówili, że nie dożyję trzydziestych urodzin, bo się zgubię. Tego chyba też nie lubiła. Kiedyś nawet pomyliłem jej imię. – Zaśmiał się, tym razem szczerze. – Wie pani, w tym momencie, w którym nie powinienem był. Co to była za awantura! Wyobraża sobie pani, że omal się przez to nie rozeszliśmy? – Żachnął się – Zresztą i tak miesiąc później było po wszystkim.

- Pamiętam, jak jeden chłopak też kiedyś pomylił moje imię. – Uśmiechnęła się. – Z czasem człowiek uczy się, że to nie takie ważne, ale wtedy… co to się nie działo! Naprawdę, mówię panu! Do tego pomylił mnie z moją własną, rodzoną siostrą. Nie potrafiłam mu tego wybaczyć. – Zamyśliła się. – Dzisiaj, a nawet już parę lat później byłoby może inaczej. Ale jak człowiek jest młody trudniej mu wybaczać. Zwłaszcza takie rzeczy.

- Bo nie wie, co jest naprawdę ważne!

Oboje potakiwali sobie nawzajem patrząc nad nagrobkiem z białego marmuru, jakby nie chcieli go widzieć. Drzewa tańczyły, zdawało się, że żyły własnym, tajemnym życiem, że ruszają gałęźmi jak odnóżami. Zupełnie jakby miały zaraz wstać i odejść.

Długo tak siedzieli bez słowa pogrążeni w przeszłości. Każde w swojej, odległej i pogmatwanej, jak tylko pogmatwane potrafi być życie. On odezwał się pierwszy, kiedy wiatr przycichł na chwilę.

- Właściwie nie pamiętam, czemu zerwaliśmy kontakt. – Znów chwilę myślał. – Chyba później któreś z nas wyjechało. Tak, pamiętam już. Ona wyjechała, a ja pojechałem za nią. To było we Włoszech, była pani kiedyś we Włoszech?

- Nie byłam. Tylko w Hiszpanii. Raz. Ale we Włoszech nigdy.

- Ja byłem. W Hiszpanii też, kiedyś dużo podróżowałem. Ech, gdzie to ja nie byłem! – Machnął ręką. – Pół świata zwiedziłem i wie pani co? – Chwilę czekał na odpowiedź, ale jej nie dostał. – Nigdzie nie znalazłem drugiej takiej!

Wiatr znowu się wzmógł i starszy mężczyzna przestał mówić, żeby nie musieć go przekrzykiwać.

- Nie żebym całe życie przeżył sam – powiedział po chwili. – Miałem żonę przecież. I dzieci mam. To do żony właśnie przyszedłem. Ale takiej jak ona ani jednej nie spotkałem! Nie chcę licytować, którą kochałem bardziej. Chyba żadnej. Po prostu kochałem je inaczej.

Westchnęła głęboko i z trudem odczytała godzinę z zegarka.

- Zanudzam panią?

- Nie, nie. – Powiedziała – proszę mówić. I tak muszę czekać na autobus. Rzadko można z kimś tak porozmawiać.

- Prawda. I to jeszcze z kimś tak przywołującym wspomnienia! Pamiętam, po spotkaniu w Wenecji często myślałem, czy jak będę starszy, to ją rozpoznam. Wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądała za tych parę lat. Dziś pewnie wygląda jak pani. – Pokiwał głową – Ciekawe, czy nadal jest z tym chłopakiem. Tym z Wenecji. Mam nadzieję, że była szczęśliwa.

- Na pewno nie.

- Słucham?

- Na pewno nie. Wiem po sobie, tacy ludzie rzadko bywają szczęśliwi. Zrozumiałam to dopiero po latach, ale wtedy często jest już za późno. Za późno, żeby ostudzić tak rozgrzany temperament.

- Prawda. Pamiętam też, że po tym spotkaniu chciałem ją za coś przeprosić. Mówiłem sobie, że jak ją spotkam, to za coś ją przeproszę. – Podrapał się po głowie. – Co to było? Co to było? – Nagle zawołał i zaśmiał się – No tak! To ci dopiero!

Spojrzała na niego pytająco i czekała na odpowiedź. Kiwał głową patrząc wciąż przed siebie.

- Mówiłem sobie wtedy, że nie dość walczyłem o nią. Taki młodzieńczy wymysł. Miała mi to za złe – tak sobie myślałem i miałem ją za to przeprosić. Pewnie miałem rację. Ale przeprosiny nic by tu nie dały.

Uśmiechał się i patrzył wciąż nad nagrobkiem.

Wiatr zelżał, liście powoli kończyły swój taniec, niebo zaszumiało lekką mżawką. Sprawdziła jeszcze raz godzinę.

- Bardzo pana przepraszam, ale muszę już iść. – Powiedziała. – Autobus…

Uśmiechnęła się. Na początku nie zrozumiał, co powiedziała. Zapatrzył się na ten uśmiech, który wydał mu się równie znajomy.

- Ach tak, autobus – powiedział po chwili. – Pani wybaczy, że nie wstanę się pożegnać.

- Wybaczam – powiedziała.

Patrzył, jak odchodzi chwiejącym się krokiem, jak trzepocze jej płaszcz i nawet teraz, od tyłu, zgarbiona i chwiejąca się wydała mu się znajoma. W jej krokach podpieranych laską była jednak jakaś siła i pewność siebie, którą rozpoznawał. Skręcając z alejki spojrzała jeszcze w jego stronę, a on wciąż nie mógł uwierzyć, że to nie ona.

Deszcz przeszedł bokiem, ale niebo pozostało pochmurne. Ptaki sfrunęły na drzewo obok mężczyzny. Zapatrzył się na nie i uśmiechnął.

- No ptaszku – powiedział – chyba czas się zbierać.

Jeden z ptaków zleciał z drzewa i usiadł na nagrobku naprzeciw zgarbionego starszego mężczyzny, którego wzrok, mimo podeszłego wieku wciąż ostry podążył za nim. Powoli, jak topniejący śnieg albo spadający z wysokiego drzewa liść, twarz starca zmieniała się.

Z uśmiechu zrobiło się zdziwienie, później zmarszczki ułożyły wyraz zaskoczenia i niedowierzania. Patrzył na nagrobek, przy którym ją spotkał, a na który nie spojrzał wcześniej ani razu. Patrzył na dwuczłonowe nazwisko, którego część wciąż pamiętał. Patrzył na poprzedzające je imię, powoli składał litery.

- Marta – wyszeptał.

Sprawdził datę urodzenia, na pierwszy rzut oka zgadzała się. Przeliczył jednak dokładnie.

- Niemożliwe – powiedział. – Niemożliwe.

Wstał podpierając się laską i przyjrzał zdjęciu przytwierdzonemu do nagrobka. Rozpoznał znane mu rysy, nie były to jednak te, które miał tak silnie wyryte w pamięci. Jeszcze raz przeliczył dokładnie lata. Brakowało dwóch.

- Niemożliwe. Byliśmy równolatkami. Niemożliwe.

Zaczął stukać laską w ziemię. Rozejrzał się, jakby mając nadzieję, że ona jeszcze gdzieś tam jest.

Nagle w jego twarzy zrozumienie wyżłobiło okrutne rysy. Oczy zeszkliły mu się, ręce zaczęły trząść jeszcze mocniej.

- Znowu! Znowu wszystko pokręciłem! – Wciąż stukał laską. – Nie Wenecja, a Madryt! – Dyszał – Maria! Nie Marta! Maria!

20 listopada 2007

Zaloguj się aby dodać komentarz

Autor: Lucyna Siemińska Dodano: 2010-09-21 21:56:37
Bardzo ciekawe opowiadanie, dobre zakończenie. Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Pozdrawiam. :)
Autor: Przemek Dodano: 2010-09-22 10:55:04
Mi też się podoba:)
Autor: Asiapio Dodano: 2011-06-03 12:35:11
Zabawne i poruszjące! Staruszek jest niesamowity:)