Amputacje i inne atrakcje
M. Siwek: Fuga dłoni.
Kraków 2002.
Poezja jest dziś tylko
medialnym popisem, sztuką blagowania, czyli pustą, bezcelową grą z konwencją
(przynajmniej poezja opatrzona cokolwiek dwuznacznym epitetem „młoda”,
wierszopisarstwo, które potrafi jedynie markować świat poetycki). Poeta ma
wiele do napisania, a niewiele do powiedzenia, bo poeta potrafi jedynie
wdzięczyć się, robić miny i wkładać maski (a cóż – powie krytyk – cóż innego
robią „roczniki siedemdziesiąte”?). Stetryczałemu miłośnikowi podobnych
stereotypów na temat poezji najmłodszej, który pojmuje jej czytanie jako
czytania markowanie polecam sięgnąć po tomik Marcina Siwka Fuga dłoni. Z
małą podpowiedzią, by nie czytać jej przy otwartym oknie, bo można pofrunąć.
Tyle mimo wszystko nawet najmniej wrażliwemu przyprawiaczowi łatek doradzić
mogę.
Powiem jednak dosyć
przewrotnie, że debiutancki tomik Siwka jest w dużej mierze książką…
odpychającą. A dlaczego? Można się zgodzić z Bronisławem Majem, autorem Posłowia, że gdyby ktoś uparł się, by
zilustrować te wiersze, książka: „mogłaby mieć na okładce jakąś graficzną
czarno-białą wersję Krzyku Edwarda Muncha”. W gruncie rzeczy
wszystko to się zgadza, łącznie z osadzeniem w konkretnej tradycji. Jest Siwek
do głębi wręcz ekspresjonistyczny. Świat jego wierszy jest przeniknięty bólem,
cierpieniem. Znów przywołam słowa Maja, który stwierdza, że jest to: „Świat
zdumiewająco… bezludny: jeden, absolutnie samotny człowiek na opustoszałej,
zamierającej ziemi […]. Świat jakby po końcu świata: pusty, wymarły,
nicestwiejący […]”.
Zapewne, można by nazwać Fugę
dłoni książką o samotności, bowiem w wielu wierszach – w większości – to
dojmujące odczucie jest aż nadto wyraźne. Bezludność świata poetyckiego jest
uderzająca. Ta bezludność nie przystaje do globalnej wioski, do naszych realiów
tak czy inaczej wielkomiejskiego świata, w którym kurczą się przestrzenie.
Wszechogarniająca pustka świata, a raczej kosmiczna próżnia – w taki sposób
bohater ujmuje rzeczywistość. A w próżni nie rozchodzi się żaden głos, żaden
krzyk, wszystko zostaje wewnątrz, w człowieku: „tunele puste / po dźwiękach
/ głuche flety powietrza” (inc. tunele…). Trudno się zgodzić z takim sposobem
postrzegania świata. Ale też paradoksalnie jednak trudno mu odmówić – po
głębszym zastanowieniu – prawdziwości. Tak, prawdziwości właśnie. Bezludność
świata, samotność bohatera ma tutaj swoją motywację.
Przyznam, że – jak każdy
chyba czytelnik – lubię dobrze skomponowane książki. Takie, w których wiersze
są na swoim miejscu, kiedy kompozycja zaświadcza o tym, że autor potrafi
dozować napięcie. W przypadku Fugi dłoni tak właśnie jest. Tu rozgrywa
się (rozpisany jest) dramat. Książka dzieli się na cztery części: Barwy,
Melodie, Amputację oraz Coda.
Barwy to część najobszerniejsza (25
utworów), na które składają się formy w przewadze krótkie, często zaledwie
kilkuwersowe – na pozór – zbliżone do haiku. Barwy to także ta „najbardziej
bezludna” część tomiku. W wierszu inicjalnym notuje Siwek: „niebo /
wyrzuciło na brzeg / plastikową podobiznę / kaczki / kurczęcia / lub innej
zabawki / uduszonej błotem” (inc. niebo…). Fragmenty, drobiny
rzeczywistości. Rzeczy zupełnie nieważne, jak plastikowa zabawka, przydrożny
kamień. Świat oglądany przez szczelinę. Wycinki świata, pojedyncze gesty,
uczucia to właściwie wszystko, na czym skupia się Siwek w tych gnomicznych
formach. Nie bez znaczenia jest tytuł tej części. Sposób opisu – świat uchwycony
w dużej części jedynie poprzez odpowiednie dobranie tonacji.
Czerń i biel, światło i
ciemność to podstawowe zestawienia, które w łatwy sposób uruchamia narzucające
się konotacje: pustki-pełni; dobra-zła i… można by mnożyć w nieskończoność..
Ale świat tych wierszy nie jest mimo wszystko dwubarwny, nie jest aż tak uproszczony i sprowadzony tylko do opozycji.
Łatwo uchwytne są wariacje kolorystyczne. Niekiedy ten świat płomienieje od
intensywnych kolorów, to znów blaknie i przygasa, jak choćby w tym wierszu: „deszcz
/ zmywa z pejzażu / barwy / i / moja
koszula mokra / jest / w tęczowe plamy.” Ta część jest – obszernym –
wprowadzeniem. Od pustki zaczyna się świat wierszy Siwka.
Jak już wspomniałem, bezludność, pustka tego
świata poetyckiego jest motywowana. Poruszający poemat, a może raczej rozpisany
na cztery części (Przyśpiewka okaleczonego; Dialog; Monolog; Epilog) mini dramat Amputacje
przynosi wyjaśnienie. Oto w całości Przyśpiewka okaleczonego: „patrz
/ na mnie / jestem zwierzęciem / z odrąbanymi nogami / ostatkiem sił /ramion /
pełznę / znaczę teren / czerwonymi smugami”. W Dialogu czytamy: „jak
się czujesz / normalnie / jak człowiek / po amputacji / drugiego człowieka”.
A zatem – tak tłumaczę ten przekaz – życie po utracie bliskiego człowieka jest
niemożliwe. Amputacje to wiersz o niemożności odnalezienia sensu
własnego życia poza drugim człowiekiem.
Niemożliwość istnienia bez
osoby ukochanej, dojmujący ból i odczucie pustki to pewnik w wierszach Siwka.
Uporczywe poszukiwanie istotności w drugiej (jednej i jedynej) osobie nie jest
czymś z góry skazanym na klęskę. A już szczególnie, jeśli jest to związek
„toksyczny”, oparty nie na równości, lecz na chorobliwym przywiązaniu: „jesteśmy
/ jak dwa źdźbła / co się mocują / siłą wiatru / dlatego / puść mnie / bo nie
mam siły się wyrywać / dlatego chodź ze mną / bo nie mam siły / ciebie szarpać”
(Coincidentia oppositorum I). Dzięki drugiemu człowiekowi świat może
wydać się lepszy, ale nawet miłość nie może odmienić losu „ja” niezdolnego do
samostanowienia i samoistnego życia. Bez miłości znika jednak iluzja, że może
być inaczej. Bez tej iluzji nie warto żyć – zbanalizuję nieco słowa Siwka. To
jednak przekonanie podkreślają brawurowe wiersze zawarte w części Coda.
Wiersze debiutanckiego tomiku Marcina Siwka traktują o samotności, ale o samotności specyficznej – pośród innych. Jesteśmy samotni nie tylko wobec śmierci, ale wobec wielu sił, których nie możemy zrozumieć. Samotni jesteśmy także wobec społeczeństwa, wobec jego rytmu w momencie, kiedy nie podporządkujemy się temu rytmowi. Świadomość tej samotności pośród ludzi najboleśniej i w pełni przynosi utrata bliskiego. Jest ona bolesnym objawieniem. O tej alienacji pośród ludzi, o nieważności jednostki wobec społeczeństwa, jej słabości wobec mechanizmów społecznych jest jeden z najważniejszych wierszy tomiku, tytułowy utwór Fuga dłoni.
Można jeszcze zapytać, czy to nie czasem społeczeństwo prowokuje pragnienie form zespolenia dwóch ludzi, by każde z nich w tym związku zatraciło swoją integralność i stało się w zupełności zależne od drugiego? To pytanie, które pojawia się nie do końca w tej formie (cytowałem z pamięci) u Fromma w Ucieczce od wolności. Tenże autor daje zresztą odpowiedź twierdzącą. Ale to już tak na marginesie, bo to już inna historia.
Siwek odświeża stare rekwizyty, ale robi to
nadzwyczaj sprawnie. Niekiedy brawurową ekspresyjność równoważy
zapośredniczeniem w tradycji. Dzikość w jego wierszach jest oswajana poprzez
rozpoznawalne odwołania, które ujawniane są już choćby przez tytuły wierszy (Requiem; Nokturn;
Mantra). Posiada Siwek niesamowity słuch poetycki, dzięki któremu
wiersze Fugi dłoni są melodyjne. A mają one swoją melodię wewnętrzną,
swój własny rytm. Są niesamowicie mroczne, ciemne. Są trochę jak piosenka o
końcu świata. Doskonale rozpoznawalna, mimo że zmieniają się słowa.









(1)
(0)
