Materiał na męża - Lucyna Siemińska

Materiał na męża

Lucyna Siemińska


Data dodania: 2010-09-09 22:48:05
2555 wyświetleń





A A A

Babcia zawsze powtarzała, bujając się na kuchennym stołku, że na męża, to musi być dobry materiał. Uderzała przy tym stanowczo trzonkiem noża w stół, na którym podskakiwały świeżo ukrojone pajdy chleba. W takich chwilach, zastygałyśmy z siostrą w bezruchu, nie wiedząc, co najpierw ratować przed upadkiem: rozhuśtaną babcię, czy podrygujące kromki. Zwykle nie robiłyśmy wtedy nic, co i tak okazywało się nadzwyczaj skuteczne, bo wszystko jakimś cudem pozostawało na swoim miejscu.
Wieczorami długo zastanawiałyśmy się, o jakim materiale mówiła babcia. Może takim w kratkę? Bo w groszki, to chyba jednak nie. W groszki to JA miałam sukienkę. Z falbankami i kokardą z tyłu.
Pewną niewiadomą stanowiło również to, jak z materiału miałby powstać taki mąż. Owszem, można narysować kredą, wykroić nożycami, a nawet pozszywać co nieco nitką, koniecznie w tym samym kolorze. Tylko, że wtedy uzyska się co najwyżej garnitur, lepiej lub gorzej pasujący na... No, właśnie. Na kogo? W tym momencie wyobrażałyśmy sobie księcia z bajki, co nijak się miało do babcinego gadania.

                                                                     *

Dwadzieścia kilka lat później moja siostra miała wspaniałą rodzinę, a ja nadal czekałam na  księcia z bajki. Żeglowałam samotnie po bezkresnym, jak mi się wtedy wydawało, oceanie życia. Bez planów, zobowiązań, z wiatrem we włosach i w kieszeniach. Niestety, nie zarabiałam dużo jako bibliotekarka. Zamiast tego miałam wszystko inne, co potrzebowałam do życia: setki książek, które wystarczyło tylko otworzyć, aby spotkać prawdziwą przygodę, przeżyć płomienną miłość, rozwiązać zapętloną zagadkę kryminalną, lub wylać strugę łez nad losami bardziej lub mniej sympatycznych bohaterów. To mi w zupełności wystarczało. Byłam wolna i szczęśliwa!
Życie jednak miało swój kres. Babci życie. Bo moje, pomimo wszystko, toczyło się dalej, z każdym, kolejnym tyknięciem, wiszącego na ścianie zegara.
Za oknem wiatr próbował połamać drzewom gałęzie. Deszcz spływał po szybach, bębniąc o parapet. Płakałam razem z nim. Wciśnięta w pluszowy fotel, bezmyślnie patrzyłam na świecące litery, w znanym na pamięć, umieszczonym tuż na wprost mojego okna, neonie: "Dobry wybór. Materiały, narzędzia ścierne  P. Ciemiężniak”.  Bez sensu. Tak spędziłam kilka kolejnych nocy, w oczekiwaniu na zbawienny świt. Wtedy znów rzucałam się bez pamięci w wir codziennych zajęć. Wieczorami wracałam na miejsce w fotelu, owinięta w wełniany koc.

*

Telefon zadzwonił, kiedy otwierałam drzwi do lodówki. „Cóż za precyzyjne wyczucie chwili”,  pomyślałam, podnosząc słuchawkę.
- Halo?
- Cześć, tu Marta.
Właściwie nie musiała wcale się przedstawiać, bo i tak rozpoznałam głos siostry. Brakowało mi tych wspólnych wieczorów, kiedy siedziałyśmy w kuchni razem z babcią...
- No, halo? Jesteś tam? – wrzasnęła mi prosto do ucha.
- Jestem.
- To dobrze. Pamiętaj, że jutro o 12.00 jesteśmy umówione ze stolarzem na cmentarzu. Będzie robił ławeczkę obok grobu babci. No, co tak cicho siedzisz? Pamiętasz, czy nie?
- Tak, ale... – zaczęłam niepewnie, myśląc usilnie nad tym, jakby się z tego wszystkiego wymigać. W końcu jutro jest sobota. Chciałam zrobić jakieś zakupy, aby przeżyć kolejny tydzień, a potem powłóczyć się bez celu po starówce.
- Nie ma żadnego ale. Będziesz musiała pójść sama. Moje maleństwa się rozchorowały. Mają wysoką gorączkę, a Adaś pojechał na szkolenie, więc sama rozumiesz... – dalej już nie słuchałam. Oczywiście, że rozumiem, będę, może na mnie liczyć, poradzę sobie, jak zawsze. Odłożyłam słuchawkę zła na cały świat. Sobotnie plany diabli wzięli!

*

Następnego dnia, uzbrojona w konewkę, grabki i łopatkę, wsiadłam do autobusu i pojechałam na cmentarz. Po drodze kupiłam parę tulipanów dla babci. Zamierzałam czekać tylko pół godziny i ani chwili dłużej. Jak stolarz nie przyjdzie w tym czasie, to trudno. Punktualność przede wszystkim!
Właśnie układałam tulipany między wieńcami i bukietami, które nie zdążyły jeszcze zwiędnąć, kiedy usłyszałam radosny, chłopięcy głos.
- Tato, zobacz. Tam leży ktoś nowy. O, tam! I po drugiej stronie drogi też. Zobacz! Zobacz, jaka kwiaciarnia! Po co komu tyle kwiatów? Nawet wazonów zabrakło. Który to ma być grób? Tato?
Spojrzałam zaciekawiona znad tulipanów. Od strony kaplicy zbliżał się mężczyzna w czarnym golfie i skórzanej kamizelce. Mógł mieć najwyżej trzydzieści pięć lat. Pod pachą niósł heblowane deski, a w drugiej ręce skrzynkę z narzędziami. Przed nim biegł dróżką mały, może sześcioletni chłopczyk z jasną czupryną potarganą przez wiatr. Zatrzymali się obok mnie.
- Dzień dobry. Pani Magda? – odezwał się pierwszy, a kiedy skinęłam głową przedstawił się, wyciągając dłoń na powitanie. – Piotr Szulc. Przepraszam za małego. Trochę się rozbrykał. Brakuje mu matki. Żona zmarła przy jego urodzeniu, a ja sam chyba go zbytnio rozpieszczam. Jest taki do niej podobny... - ręką pogładził chłopca po włosach. – Przywitaj się, Julek.
Chłopak ukłonił się niezgrabnie i zaczął pomagać ojcu w rozpakowaniu narzędzi, zasypując go coraz to nowymi pytaniami.
Piotr odpowiadał cierpliwie. Rozglądał się, mierzył coś, szkicował na kartce papieru poszczególne elementy ławki. Później przycinał deski, wiercił otwory, wkręcał śruby. Czasem spoglądał na mnie lub na Julka i uśmiechał się tak jakoś wyjątkowo. Tak, że chciało się żyć. Raz, dwa, ławka była gotowa. Ustawił ją, wypoziomował, umocował w podłożu. Była dokładnie taka, jak powinna być.
- Gotowe! – powiedział w końcu i otrzepał ręce. – Marta mówiła, że pracujesz w bibliotece. To musi być ciekawa praca. Lubię czytać i czytam dość dużo. Oczywiście, jeżeli czas na to pozwala. W której bibliotece?
Opowiedziałam krótko o swoim miejscu pracy z tysiącem książek na półkach.
- Z kolei ja mam własny zakład stolarski. Tak sobie dłubię w drewnie. Proszę, oto moja wizytówka. Stoły, stołki, krzesła, ławy, takie tam różne. Julek mi pomaga. No nie, Julek?
Chłopiec wyżej podniósł głowę.
- Jestem tam kierownikiem. Najważniejszym.
Chwilę kręcił się niespokojnie w kółko, po czym zapytał prosto z mostu i z zupełnie innej beczki.
- Czy duchy na cmentarzu straszą równo o północy, czy później? A może trochę wcześniej, aby zdążyć na dobranoc?
Roześmiałam się. Po raz pierwszy od dłuższego czasu. Podziękowałam za ławeczkę, uregulowałam rachunek, chwyciłam w rękę konewkę, grabki i łopatkę, gotowa wracać do domu.
Piotr zebrał już swoje narzędzia. Nie spieszył się zbytnio, jakby myślał jeszcze o czymś.
- Przyjechaliśmy samochodem. Może podwieźć cię do miasta? – zaproponował.
- Dziękuję. Chętnie skorzystam, jeżeli nie sprawi to wam kłopotu – odpowiedziałam, ruszając w stronę furtki. Julek uczepił się mojej ręki, podskakując wesoło tuż obok.

*

Wieczór był wyjątkowo ciepły. Podeszłam do okna i uchyliłam je, aby wpuścić trochę świeżego powietrza. Naprzeciwko pobłyskiwał znajomy neon, ale tak jakby trochę inaczej. Chyba przepaliły się żarówki i niektóre litery pozostały nie oświetlone. Zaraz, zaraz... jakby to teraz odczytać? "Dobry ...... Materiał., na...... .......  .. ...m.ęż..a.”
Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w niebo.
- Czyżbyś chciała mi coś przez to powiedzieć, babciu? – mruknęłam.
Zaloguj się aby dodać komentarz

Autor: Władysław Dodano: 2010-09-10 16:03:19
Dla mnie historia zaczyna się dopiero na cmentarzu. Jest zwarta, konkretna, bardzo interesująca i świetnie napisana. Domyślam się, że trzy pierwsze ustępy potrzebne są Autorce, iżby uwiarygodnić puentę, uczynić ją niejako automatycznie naturalną. Uważam jednak, że cały wątek z siostrą nie musi być aż tak rozbudowany.

Widzę, że proza jast Ci równie bliska, jak poezja.
Autor: Uzytkownik nieznany Dodano: 2010-09-11 15:46:16
To jest materiał...na Powieść. Styl - świetny! Kompozycja - poukładana rozsądnie, proporcjonalna. Czytając ten tekst, wiem jedno - na pewno powinnaś pisać. I nie rezygnować pod żadnym pozorem!
Autor: Lucyna Siemińska Dodano: 2010-09-11 21:15:10
Władysławie - dziękuję za przeczytanie i komentarz oraz cenną uwagę.
Rafale - bardzo dziękuję za Twój odbiór i tak budujące słowa.
Pozdrawiam serdecznie. :)
Autor: Kafar Dodano: 2010-09-22 15:33:47
Przyjemne:) Dobrze się czytało, a czytanie nastrajało mnie pozytywnie. Pozdrawiam.
Autor: Polka Dodano: 2011-05-18 01:41:43
Lucynko zaskoczyłaś mnie pięknie uśmiecham się do Ciebie :)
,,Czy duchy na cmentarzu straszą równo o północy, czy później? A może trochę wcześniej,,
Należą się oklaski )))
Autor: Uzytkownik nieznany Dodano: 2011-06-21 20:29:17
Bardzo mi się podobało! Zgadzam się przy tym z Wladyslawem, że wątek siostry mógłby być skrócony do minimum, gdyż praktycznie mało wnosi, a zbyt wiele może zdradzać...
Wiesz czytając ten tekst, przynajmniej ja odnioslam takie wrażenie, że bardzo lekko przychodzi Ci pisanie. Gratuluję!