Była właśnie północ,dzięki czemu noc nie była taka ciemna.Dodatkowo drogę oświetlały gdzie niegdzie będące pochodnie.Na końcu kamienistej ścieżki znajdowała się wysoka wieża.Na samym jej szczycie znajdowała się duża,okrągła sala.Były tam regały z książkami,łóżko,aparatura alchemiczna,łóżko,2 szafy,kufry oraz wiele broni na ścianach.Topór,miecze długie i krótkie,sztylety,łuk,kusze,noże itd.był też kominek,przy którym siedział na fotelu długowłosy mężczyzna.Na szyi miał długą chustę która zazwyczaj zajmowała mu pół twarzy.Była ciemnoczerwona,prawie że czarna.Ręce miał założone,szmaragdowo zielonymi oczyma wpatrywał się w liżące płomienie ognia.Nazywał się Loriane,był łowcą głów,zabijał ludzi na zlecenie i w dowodzie dawał zleceniodawcom głowy ofiar.Aparatury używał do robienia trucizn i zatruwania broni.Siedział tak i rozmyślał,kim będzie jego następny klient.Burmistrz?Rycerz?A może zwykły chłop?Różni ludzie przychodzili.Usłyszał szybkie kroki.Dość ciężkie.Mężczyzna.Loriane miał bardzo dobry słuch,wzrok i węch.Został skażony krwią aniołów,dzięki czemu miał wyostrzone zmysły.Do sali wszedł postawny mężczyzna z kilkudniowym zarostem i przenikliwym spojrzeniem.
-Witaj człowieku,tyś jest Loriane łowca głów?-spytał odważnie
-Tia,czego chcesz?-powiedział niechętnie Loriane
-Mój szef ma zlecenie dla ciebie
-Niech zgadnę..Burmistrz Ahittiok?
-Skąd..
-Nieważne,miał dla mnie kilka zleceń,możesz odejść,znam drogę
Rycerz ukłonił się i wyszedł z wieży.Loriane wstał i podszedł do ściany z brońmi.Zastanowił się głęboko,gładząc niewielką bródkę.Znając gust i zlecenia które zazwyczaj dawał mu Burmistrz,zdecydował się wziąć kuszę z kilkoma bełtami i zatruty sztylet.Zazwyczaj chodziło o wyrżnięcie po cichu jakiejś szychy,szlachcica,bogatego mieszczana albo polityka.W końcu wyszedł z wieży i po jakimś czasie stanął przed drzwiami Burmistrza.Zapukał 3 razy wolnym rytmem jak to zawsze miał w swoim zwyczaju.Usłyszewszy pozwolenie wszedł do dużego,ciepłego domostwa.Burmistrz siedział przy mocnym stole z butelką wina.
-Usiądź- rzekł burmistrz do Loriane
-Dziękuję,postoję- odpowiedział sucho skrytobójca
Burmistrz westchnął i powiedział o co chodzi.
-Pewien bogacz jest mi winien kilka tysięcy złotych monet,nie dostałem ich do dziś ale wiem,że je ma,idź go zabij,a przy okazji przynieś mi złoto
-Mam łazić do jakiegoś samoluba i zarżnąć z powodu długów?
-Dostaniesz dobrą zapłatę,przecież mnie znasz
-Hm..Zgoda- powiedział łowca głów a burmistrz wstał i wyciągnał ręke.Loriane zaś podszedł i uścisnął ją.Pół godziny później już kłusował na koniu w drodze do wieży,w której jegomość skazany na śmierć się znajdował.Wieża była szara i kamienna.Warunki i wygląd wewnątrz były całkiem schludne.Loriane wszedł do środka nie zwracając uwagi na zadziwiającą schludność tego miejsca mimo wyglądu zewnętrznego i warunków,bowiem wieża była na pograniczu morza i bagien.Na końcu korytarza znajdowały się spiralne schody.Skrytobójca wszedł nimi na samą górę i zobaczył ciało.Pomyślał,że nie będzie już musiał nikogo zabijać,ale podszedł bliżej i zauważył że to zwłoki leżące na pokrwawionym dywanie.Strój umarłego sugerował,że był on czeladnikiem lub sługą.Miał rany na szyji,wskazywały na ugryzienie,śmierć od wykrwawienia.Takie myśli przewijały się przez umysł łowcy.To nie mógł być ten,którego miał zabić.Nagle Loriane usłyszał głośne posapywanie,kaszle i wycie.Łowca obejrzał się,w progu stał zombie.Ożywieniec miał jasne włosy,trupiozieloną skórę,żółte oczy oraz miał na sobie ozdobny strój.Miał też ranę na szyi.Inny zombie go ugryzł,ale te zwłoki które leżały na podłodze zapewne jeszcze nie przemieniły się w ożywieńca.Niieumarły zaszarżował,jego zbutwiałe oczy wpartywały się w tajemniczą postać skrytobójcy.Zombie zamachął się aby uderzyć,ale został kopnięty w klatkę piersiową po czym odsunął się kilka metrów.Następnie upadł pod wpływem podcięcia nogą Loriane.Skrytobójca wykorzystał tą chwilę i wbił sztylet prezycyjnie w sam środek serca,a następnie odciął głowę,która poturlała się do schodów,i jeszcze niżej zostawiając za sobą ślady czerwonej posoki.Loriane wyskoczył przez okno i wylądował na równe nogi mimo iż wysokość była dość spora.Już nie myślał o złocie,które pozostało niestrzeżone w wieży,tylko o Burmistrzu,który kazał mu zabić pół-trupa.To nie w jego fachu.Wsiadł na konia i wściekły pędził na koniu aż do miasta,pod drzwi Burmistrza.Kierowany złością skrytobójca wparował bez pukania do domu burmistrza,co tego zaskoczyło na tyle,że upuścił jedzenie które jadł.Loriane uderzył pięścią w stół.
-Nie tak się umawialiśmy,nie jestem żadnym pogromcą nieumarłych,żeby niszczyć trupy!-wrzasnął skrytobójca
-Głowa to głowa,masz złoto?-spytał leniwie Burmistrz
-Nie ma bo nie było w umowie ubijanie zombie!
-Oj przestań,zombie czy człowiek,łeb ma
-Wiedziałeś o tym!
-No to wiedz,że ze mną nie robi się żartów-powiedział Loriane i wyciągnął sztylet.Burmistrz gwałtownie odsunął się pod ścianę,a Loriane podszedł do niego i przyłożył delikatnie nóż do szyi.
-N-nie zabijaj mnie-burmistrz zaczął się jąkać
-Nie zabiję...-wyszeptał łowca i zrobił dość głęboką bliznę na twarzy burmistrza,na policzku.-To żebyś o mnie nie zapomniał-dodał jeszcze i wyskoczył przez okno,tłukąc szybę nie robiąc sobie żadnej krzywdy.Wkrótce już leżał w łóżku.Patrzał na sufit z ciekawością.Był bardzo jednolity,lecz Loriane miał przed oczyma obrazy z całego życia.Najbardziej został mu w pamięci obraz morderstwa.Jakiś skrytobójca brutalnie zabił nożem innego człowieka.Loriane nie czuł wtedy przerażenia,czuł coś w rodzaju deja vu,coś w rodzaju rzeczy do oswojenia.Bycie w tym zawodzie było jego przeznaczeniem.Nagle wstał iż usłyszał kroki dobiegające z zewnątrz.
-Jest tak jak podejrzewałem..-powiedział Loriane i zaśmiał się bo zobaczył oddział ośmiu paladynów z pochodniami. - Zaczyna się zabawa-dodał jeszcze patrząc na bronie pozawieszane na ścianach.Pierwszym jego ruchem było chwycenie orkowego topora w garść,zawieszenie się na zewnętrzej stronie parapetu i rzut toporem w rycerzy,dzięki czemu życie utraciła dwójka zbrojnych.Następnie wrócił do komnaty i zablokował drzwi wielkim palem.Po kilku minutach usłyszał donośne walenie do drzwi.Jedynie czwórka rycerzy próbowała sforsować drzwi,dwójka pilnowała wejścia.Nad drzwiami był umieszczony hak.Loriane wziął linę i przywiązał do niej kolczastą kratę.Zawiesił ją nad drzwiami,i kiedy gwardia wtargnęła,łowca przeciął linę tak,aby uśmierciła wojowników.Następnie skoczył przez okno z dwoma sztyletami w dłoniach.Wylądował dokładnie kilka metrów przed zbrojnymi,a ci wyciągneli miecze i pobiegli w jego stronę.Ten zaś pokręcił sztyletami i rzucił je idealnie w czoła rycerzy,ci upadli a Loriane wyciągnął z nich sztylety.Wszedł do wieży,i pousuwał ciała z wewnątrz.Mówiąc prezecyjnie,to po prostu wyrzucił je przez okno.Wkrótce położył się spać,bezsennośc nawiedziała mu umysł coraz to częściej.Kiedy rano wstał i się oporządził,znowu podszedł do ściany z broniami.Założył pochwę do miecza na plecy i wsunął w nią żelazny miecz.Postanowił znowu złożyć wizytę Burmistrzowi.Kiedy już znalazł się w mieście,szedł bardzo zatłoczoną ulicą handlową.Handlarze przekrzykiwali się nawzajem,brawurowo zachęcając lud do kupienia ich towarów.Łowca przechodził przez sam środek.Ujrzał nawet krasnoluda z nerwowymi oczkami,który chciał sprzedać golema zakutego w łańcuchy.Na ten widok Skrytobójca jedynie pokręcił głową z niesmakiem i dezaprobatą.Wkrótce znalazł się w domu Burmistrza.Ten na jego widok jedynie zaklaskał w dłonie i obok niego pojawiło się dwóch kapłanów nieznanej religii.Mieli jedynie kaptury i czarne togi.Nic więcej,żadnych ozdób.Ci rzucili na Loriane czar,i ten upadł.Obudził się w celi,zakuty w energetyczne kajdany a przed nim stała serafia.
-Kim jesteś?-spytał Loriane
-Jam jest Meagelcalven,boska anielica,serafia,płynie w tobie anielska krew,krew serafii-odpowiedziała
-Wiem,zostałem nią skażony
-Moi zwierzchnicy stwierdzili,że jesteś jak jeden z nas
-To dla mnie zaszczyt,pani.
Po tej wypowiedzi,Serafia machnęła ręką i kajdany natychmiast zniknęły.Kiedy wyszli z lochu na powierzchnię,Łowca głów zobaczył,że jest masa zwłok.Strażnicy.Wkrótce obydwoje - Meagelcalven i Loriane wyruszyli do siedziby Serafii.