Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1 - Magda D.

Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1

Magda D.


Data dodania: 2011-10-12 20:22:28
2116 wyświetleń





A A A

O Paryżu widzianym moimi oczami. O rzeczach przydatnych turyście. Przewodnik, album ze zdjęciami i trochę refleksji w jednym.

W tej częsci opowiem o:

  • podparyskim mieście Argenteuil

  • biletach komunikacji miejskiej

  • wzgórzu Montmartre

  • bazylice Sacre Coeur

  • placu bohemy artystycznej du Tertre

  • wstrętnych gołębiach

 

Prolog. Lecimy na wakacje!

Swoją przygodę z Paryżem rozpoczęłam lotem samolotowym. Nigdy wcześniej nie zasiadłam do tego środka transportu i było to dość ekscytujące przeżycie. Z resztą, zawsze tak było…

Gdy mając 8 lat pierwszy raz ruszyłam do Warszawy pociągiem, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Telewizja robi swoje – w Wiadomościach pokazywali jakieś katastrofy kolejowe… Resztę o spalonych ludziach dopowiadała mi pusta wówczas główka. To był czas, kiedy stolica nie różniła się zbyt bardzo od małych miast w Mazowieckim. Przynajmniej z punktu widzenia dziecka. Tacy sami ludzie, te same słodycze w sklepach, podobne blokowiska… Ale to inna historia.

Tego samego dnia, kierując się tramwajem na ulicę Woronicza - było podobnie. Miałam jednak zbyt dużo wrażeń jak na jeden raz, żeby przejmować się jakimś tam… TRAMWAJEM. U nas tylko autobusy, rozklekotane do tej pory. Nie przeszkadza mi to. Mieszkałam w różnych częściach Polski, ale swój klekot to swój.

Powracając do mojej dziewiczej podróży samolotem… Jedyne co chciałam podczas niej zobaczyć, to chmury. Z czasem jednak, gdy termin wylotu zbliżał się dużymi krokami, pojawił się mały stres.  Ubezpieczenie zagraniczne załatwiałam na ostatnią chwilę i tylko kołowało mi się w głowie, o czym jeszcze zapomnę.

W podróż wybierałam się z moim kochanym rodzicielem. Coś musiało w tym być, że wszelkie pierwsze rejsy statkiem, tramwajem czy pociągiem przeżywałam właśnie z nim.

Gdy dobrnęliśmy do Warszawy, a potem na Okęcie, na lotnisko wparowaliśmy już wolnym krokiem, co nie było zbyt mądrym pomysłem. Na odprawę przyszliśmy ostatni.

Bilety mieliśmy już od dawna, ale jakoś nie załapałam, że polecimy liniami francuskimi AirFrance. Emocje sięgnęły zenitu – wchodzę na pokład, a tu wita mnie ładna czekoladowa Murzynka słowem „Bonjour”.

„O kurczę – myślę – I jak ja teraz zamówię herbatę?!”. 

 

Klasa ekonomiczna. Miejsca były numerowane i bolało mnie trochę, że nie siedziałam w jednym rzędzie z tatą. Nie siedziałam też przy oknie, ale przynajmniej widziałam chmury. Cóż… trzeba pamiętać, że SAMOLOT to nie TRAMWAJ. Trzeba stawić się wcześniej, by dostać dobre miejsce. Pamiętajcie o tym dzieci!

Herbatę zamówiłam bez problemu. Stewardesy, nawet te francuskie, angielski znać muszą. Był też obiadek na zimno, taki typowo francuski, lekkostrawny. Przynajmniej bułka była smaczna i dużo gatunków wina :)

Po lądowaniu, zanim wypuszczono nas na lotnisko de Gaulle’a, zdążyłam już się zirytować i dostać strasznego bólu głowy. Dziś już wiem – samoloty są fajne, ale lądowania tragicznie, bo zawsze coś potem boli.

Z lotniska odebrała nas ciotka. Niestety, nie mówiła po polsku ani po angielsku, więc zanim zrozumiała, że proszę o procha na ból głowy, zdążyliśmy już dojechać specjalnym autobusem do Paryża, pod Operę. Niewiele pamiętam z tej podróży, moich pierwszych wspomnień z widokami Paryskich dzielnic. Ból przyćmiewał mi umysł. Podobno gdzieś w oddali widniała wieża Eiffela, ciocia pokazywała…

 

Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1

  

Co zrobić, by przeżyć ekonomicznie? Słów kilka o Argenteuil.

Ciocia z wujem mieszkają w mieście Argenteuil, oddalone od Paryża o 12 km. Właściwie to wydawało mi się, że to dzielnica podparyska. Jechaliśmy tam autobusem (a wcześniej jeszcze metrem) i nic nie wskazywało na to, że jesteśmy już w innym mieście. Zupełnie jak nasze Trójmiasto.

Moim zdaniem Argenteuil to dobra alternatywa dla turystów, których nie stać na hotele w Paryżu. Tu wszystko jest znacznie tańsze, nawet kawa w kawiarni kosztuje 3 razy mniej. Z Paryżem są świetne połączenia autobusowe, jak i linia pociągu podmiejskiego na stacji Gare dArgenteuil. Na stację Saint Lazare jedzie się ok. 20 minut. Autobusem dostaniesz się na najbliższą linię metra w 40 minut.

Miasto jest czyste i całkiem ładne, choć jak mówi wujo, dzielnica w której mieszkaliśmy była z lekka slumsem. Slumsem?! U nas tak wyglądają nowe, względnie luksusowe osiedla… Podstrzyżona trawa, ogrodzone drzewka, place zabaw, boiska. Można nabawić się kompleksów…

Nie wiem wprawdzie, jak jest z bezpieczeństwem, bo nikt mi takich instrukcji nie podał. Wieczorami też nie wychodziłam – w końcu przyjechałam do starszej wiekiem rodziny, a nie ze studencką bracią. Ten punkt zostawmy więc pusty.

Aby podróżować w miarę ekonomicznie, najlepiej jest kupić bilet tygodniowy, który można sobie wyrobić od ręki, mając tylko zdjęcie i dowód osobisty. Zdjęcie, nawet jak kto nie ma, można wyrobić sobie w automatach, które są rozstawione np. w sieciach sklepów SimpleMarket.

Z takim biletem możesz podróżować wszędzie i wszystkim w zależności od strefy. Przykładowo bilet tygodniowy na 4 strefy (obejmujący cały Paryż i „podparyż”, ale już nie Disneyland ani lotnisko de Gaulle’a), kosztuje ok 28 euro. Szczerze – to się opłaca. Trzeba tylko pamiętać, żeby nim „bipppnąć” na kasowniku, inaczej przejazd będzie nieważny.

Jak to dobrze, że Francuzi tez mają markety typu Biedronka! Taki SimpleMarket to idealne miejsce dla ludzi, którzy znają trzy słowa po francusku. To samo tyczyło się kasjerek – znały po trzy słowa po angielsku. A może udawały? Wszak nawet na ostatniej Eurowizji Francja była jedynym krajem, wśród których przedstawiciel kraju nie mówił po angielsku.

Raz przy kasie rozmawiałam z pewną Amerykanką. Mówiła, że za każdym razem, gdy przyjeżdża do Paryża, ma ten sam problem. Francuzi nie chcą rozmawiać w innych językach, choć je znają. O wiele przystępniejsi są Arabowie czy Hindusi, których w Paryżu, a zwłaszcza miastach takich jak Argenteuil nie brakowało. Tak po prawdzie mało tu mieszka białych. Większość to Murzyni oraz Arabowie.

Moją uwagę zawsze przykuwała ogromna półka z winami. W Polsce takie można spotkać tylko w marketach typu Leclerc albo w dobrych winiarniach. Co więcej, wina kosztowały od 2-4 lub 5 euro, czyli tyle co woda mineralna. Sensacją były dla mnie niektóre soki. Litr za 40 centów i to bardzo smaczne :)

Studenci, co by wyżywić się tanio, łasi są zwłaszcza na tańsze produkty. Ale uwaga! W Polsce owoce i warzywa nie są jeszcze tak faszerowane chemią, jak na zachodzie. Są co prawda piękne i ładnie pachną, ale ostrożnie. Moja znajoma, która rok mieszkała w Rives, zatruła nerki pomidorami. I nie jest to podobno pojedynczy przypadek.

 

Sacre Coeur – biała bazylika na wzgórzu Montmartre.

Następnego dnia po przyjeździe do wujostwa rozpoczęłam moje zaznajamianie się z kulturą Francji.

Za pierwszy punkt wycieczki obraliśmy bazylikę Sacre Coeur (Bazylika Najświętszego Serca). Bilet, moi kochani! Bilet tygodniowy niezastąpiony! Aby tam dojechać, ruszyliśmy kolejką, a następnie autobusem.  Mięliśmy Operę Garniera, której niestety nie miałam możliwości podziwiać od środka. Paryż to eksplozja architektonicznych smaków i nie da się zwiedzić wszystkiego w dwa tygodnie. Budowana w stylu eklektycznym, który niezbyt do mnie przemawiał. Niemniej jednak pstryknęłam kilka fotek pozłacanym rzeźbom. Tego dnia było piękne niebo w tle…

 Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1

 

Aby dojść na Sacre Coeur, musieliśmy zahaczyć o plac Pigalle. Oczywiście mój ojciec zgrywus zapytał, co rośnie na placu Pigalle. Odpowiedziałam „Tato, tu nie ma kasztanów! Są tylko platany”. Dla niewiedzących, platan to taki wielki klon z puszystymi kulkami zamiast nosków. Jeden zero dla mnie :)

Z moją mapą zabytków w głowie było na bakier (10 lat uczenia się historii sztuki poszły gdzieś w diabły). Jakież było moje uradowanie, gdy przede mną, jak Filip z konopi wyskoczył wiatrak kabaretu Moulin Rouge. Jakiż piękny musiałby być to widok nocą, gdy wszystkie latarnie i światła są zapalone. Co do latarni… Idąc, myślałam, że mijam zagłębie sex-shopów. Pewnie stwierdziłabym inaczej, gdyby zapadła noc. O tej porze nie widziałam żadnej prostytutki, tylko toczących się Hindusów. Teraz wiem, czemu wyglądali na takich zmęczonych :) Ulica przy placu Pigalle to jedna z największych na świecie dzielnic Czerwonych Latarni.

Doszliśmy do podnóża Montmartre, mijając okoliczne sklepy prowadzone głównie przez imigrantów. Mieli całkiem ciekawe pamiątki i przy okazji niezbyt drogie. Ale o nich i pobocznych uliczkach opowiem w innej części przygód Polki w Paryżu.

 

Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1


Na wzgórze można wejść po schodach lub wjechać czymś w rodzaju kolejki. Aby sobie podjechać, trzeba tylko kupić bilecik lub… zrobić „bippp” biletem tygodniowym. W naszym przypadku to była konieczność, gdyż wujek jeździ na wózku inwalidzkim.

To były wczesne godziny, a dzień skwarny. Początek sierpnia. We Francji zawsze jest o kilka stopni cieplej. Sacre Coeur uderzył mnie ilością białego granitu. Wikipedia mówi, że to trawertyn. Chyba nie brakuje go w okolicach Paryża, gdyż wiele budynków wybudowanych było właśnie z tego samego materiału.


Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1

 

Weszliśmy jednym wejściem, idąc wraz z tłumem boczną nawą. Minęliśmy transept i absydę, by zawrócić drugą nawą. W oczy rzuciła się ogromne, półkoliste sklepienie z wizerunkiem Chrystusa. I ogrom kamienia. Mnóstwo białego kamienia!

W Sacre Coeur po raz pierwszy widziałam lichtarze, na których wierni składali malutkie świeczki tzw. podgrzewacze. W innych kościołach są to np. cieniutkie świeczki-patyczki. Ciocia kupiła jedną i zapaliła dla swojego ojca. Na zachodzie nie ma specjalnie zwyczaju chodzenia na cmentarze tak jak w Polce. Nie zapala się kilkunastu wielkich zniczy. Myślę, że pod tym względem jest to lepsze. Światło ma być tylko symbolem, poza tym jest to bardziej ekonomiczne i ekologiczne.

Po zwiedzaniu wnętrza chciałam obejrzeć katakumby. Niestety, pani która tego wszystkiego pilnowała, oświadczyła, że na razie jest konserwacja i katakumby zostaną otwarte za jakieś 3 tygodnie. Zapłaciłam więc kilka euro za wejście na górę. Rodzina została na dole.

Dużo było tych stopni, dużo zakrętów. Poza tym podróż na szczyt kościoła nie należał do najprzyjemniejszych. Wszędzie pełno gołębich gówien,  bohomazów wyskrobanych na ścianach, a do tego śmierdziało ludzkim szczochem. Niestety, pod tym względem kultura ma się tak samo, jak na wieży w Częstochowie – ludzie nie dbają, gdy nikt nie patrzy.

Widok panoramy warty był jednak niedogodności. W oddali świetnie widać było całe miasto. Kształty budowli niewiele mi mówiły, gdyż za dużo tego wszystkiego było naraz. Oczywiście wieża Eiffela rzucała się w oczy.

 

Plac du Tertre

W tym miejscu po raz pierwszy zwróciłam uwagę na gołębie. Generalnie lubię te ptaki, bez nich wielkie miasta straciłyby sporo swego uroku. Paryż jednak był inny. To były najobrzydliwsze stworzenia, jakie naocznie widziałam. Brudne, chude, wypierzałe. Niektóre miały chorobowe narośle na nogach, czasem brakowało im palców. Bywały przypadki, ze w ogóle ich nie miały, a jedynie dwa kikuty. Czy to jakaś ptasia choroba zakaźna? Nie wiem. Ale to był straszny widok.

 Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1


Gdy zeszłam, rozwaliłam się na wielkim klocu granitu. Był cudownie gorący od słońca. Wtem podeszła do mnie starsza pani, Azjatka. Prawdopodobnie Koreanka. Zapytała po angielsku, czy chciałabym swój portret za 50 euro. Od razu chwyciłam, że to artystka z placu du Tertre, który znajduje się na lewo od bazyliki. Jest to plac, który skupia na sobie mnóstwo ulicznych artystów. Grzecznie odmówiłam i spytałam ojca, czy tam pójdziemy. Wujek już wcześniej mówił, że byłoby to interesujące przeżycie, gdybym i ja tam poszła, spróbowała swoich sił i zarobiła kilka groszy malując portrety turystom. To oczywiście nie jest takie proste. Lokalni artyści to mocno trzymająca się klika, która niechętnie wpuszcza na swoje terytorium nowe twarze, nawet przejezdne. To starzy wyjadacze, którzy świetnie zarabiają na bogatych turystach.

„Wujku, cały rok rysowałam modeli na zajęciach. Rysowania mam po dziurki...” – tak kwitując, ruszyliśmy Rue Saint-Eleuthere, gdzie widnieli już pojedynczy artyści-portreciści. Zanim doszliśmy do Place du Tertre, zdążyłam się już nieźle nawkurzać. Drogą tą szło sporo turystów, wszyscy w jednym kierunku. Ale to do mnie każdy malarzyna podchodził i pytał „Mademoiselle! Portret for you?”. „No, thanks” – zaczęłam mówić już machinalnie, ku rozbawieniu mojej francuskiej ciotki. „Można było się tego spodziewać. Jesteś młoda, ładna i bardzo charakterystyczna. Idealny materiał na dobry portret” – mówił wujek, czochrając mnie za moje fioletowe wówczas włosy. Takie zaczepki byłyby może i miłe, ale nie za 50 euro! Ceny portretu były zawsze takie same. Z drugiej strony, będąc na ich miejscu nie malowałabym nikomu za mniej.

Na placu du Tertre było jeszcze gorzej. Tłok, mnóstwo obrazów, na które trzeba było uważać, by czegoś nie przewrócić… i artyści. W pewnym momencie jeden podbiegł do mnie, chwycił za rękę, wziął kartkę papieru i zaczął wycinać w nim kształt mojego nosa. Wrzasnęłam na niego i jak obrażalska księżniczka obróciłam się na pięcie.

Czy plac du Tertre naprawdę wygląda odstraszająco? Absolutnie! Tętni życiem, a obrazy, rysunki i grafiki, które sprzedają artyści to nie tylko portrety i widoki Paryża. Wiele z tych obrazów to abstrakcja, sztuka która opiera się na jakiejś koncepcji i wizji artysty. Jedno muszę przyznać – byle bohomazów czy kwiatów w wazonie nie spotkałam. W samym centrum wolnostojąca kafejka. Po bokach w kamieniczkach restauracje i kafejki, nęcące barwami i subtelnymi zapachami. Wszystkie krzesła zwrócone w stronę placu, do ludzi. Coś niesamowitego!


Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1

 

Wałęsając się po okolicy, zwróciłam uwagę na dwóch ulicznych... jak ja to nazywam... zarabiaczach na turystach. Ok, niech będzie „uliczni artyści” – bynajmniej malarze.

Jeden z nich to człowiek rzeźba, jakich dużo można spotkać w co większych miastach, również jak najbardziej w Polsce. Cały biały, w turbanie na głowie i bukietem fiołków w dłoni Obudowany był mini sceną, jakby tronem. Turyści rzucali pieniążki, ale w porównaniu z drugim artyściakiem „sprzedawał się” słabo.


 

Drugi koleś wpadł na pomysł, by śpiewać ludziom i grać na gitarze, ale kukiełką. Sam puścił piosenkę grupy Oasis z magnetofonu i kukiełka robiła resztę. Wyglądało to przesympatycznie, a muzyk zaskarbił sobie szczera sympatię turystów, zwłaszcza dzieci.

Pozostawiając kukiełkowego magika w tyle, ruszyliśmy z rodziną na przekąskę, to jest kanapki i herbatę w termosie.

Gryząc bułę z szynką myślałam o moim następnym, upragnionym celu dzisiejszego dnia – LEspace Salvador Dali.

 

CDN

Sekwana w butelce soku, czyli Polka w Paryżu - cz.1

Zaloguj się aby dodać komentarz